• Strona główna
  • O mnie
    • Kuba – Trener Personalny
      • Nagrody
    • Cuba – Instruktor Tańca
  • Moja oferta
    • Trening personalny
      • Cennik
      • Najczęstsze pytania
      • Rodzaje treningów
      • Trening indywidualny
        • Mężczyzna
        • Kobieta
      • Trening dla par
      • Trening dla grup
      • Trening dla młodzieży
      • Trening dla seniorów
    • Taniec
      • Towarzyski
      • Salsa
        • Rueda de Casino
      • Taniec klasyczny
      • Pierwszy taniec
  • Kruczek Team
    • Czym jest KruczekTeam
    • Marki z którymi współpracuje
    • Nagrody
  • Alfabet Kruczek
    • Składniki odżywcze
    • Trening
    • Witaminy
  • Blog
    • Aplikacje mobilne
    • Dieta
    • Motywacja
    • Przemiana
    • Regeneracja
    • Taniec
    • Trening
    • Trener personalny
    • Zawody
      • Hyrox
      • IronMan
      • Runmageddon
  • Kontakt
    • Dane firmy
  • Strona główna
  • O mnie
    • Kuba – Trener Personalny
      • Nagrody
    • Cuba – Instruktor Tańca
  • Moja oferta
    • Trening personalny
      • Cennik
      • Najczęstsze pytania
      • Rodzaje treningów
      • Trening indywidualny
        • Mężczyzna
        • Kobieta
      • Trening dla par
      • Trening dla grup
      • Trening dla młodzieży
      • Trening dla seniorów
    • Taniec
      • Towarzyski
      • Salsa
        • Rueda de Casino
      • Taniec klasyczny
      • Pierwszy taniec
  • Kruczek Team
    • Czym jest KruczekTeam
    • Marki z którymi współpracuje
    • Nagrody
  • Alfabet Kruczek
    • Składniki odżywcze
    • Trening
    • Witaminy
  • Blog
    • Aplikacje mobilne
    • Dieta
    • Motywacja
    • Przemiana
    • Regeneracja
    • Taniec
    • Trening
    • Trener personalny
    • Zawody
      • Hyrox
      • IronMan
      • Runmageddon
  • Kontakt
    • Dane firmy
Facebook Instagram Facebook-messenger Whatsapp Mail-bulk Phone-alt

Zimowy Runmageddon – ból i walka w błocie na hałdzie Sośnica

runmageddon

Zimowy Runmageddon – ból i walka w błocie na hałdzie Sośnica Zimowy Runmageddon Gliwice – hałda, tłumy i pierwsze wrażenia Wyjazd zaczęliśmy w piątek. W składzie: Sebastian, Kinga i ja. Kierunek – Gliwice. Im bliżej byliśmy hałdy, tym mocniej czuć było klimat startu. Zimowy Runmageddon to nie jest zwykły bieg. To weekend, który wyciąga z człowieka wszystko. Dodatkowo Kinga nie czuła się najlepiej – była przeziębiona, osłabiona i było widać, że organizm walczy. Mimo to zdecydowała się jechać z nami i spróbować stanąć na starcie. Tym bardziej chciałem dowieźć ten weekend mocno – nie tylko dla siebie, ale też dla naszej ekipy. Zanim zameldowaliśmy się w hotelu, była szybka pizza – klasyczny rytuał przedstartowy. Trochę śmiechu, trochę analizy tego, co nas czeka. Wiedzieliśmy, że hałda nie wybacza, a zimowy teren oznacza jedno – błoto będzie wszędzie. Po dojechaniu do noclegu rozpakowaliśmy się, przygotowaliśmy ubrania startowe, buty, opaski, żele. Każdy wiedział, że sobota i niedziela to będzie konkretne wyzwanie. Sen przyszedł szybko. Chwila przed startem zimowy runmageddon – co miałem w głowie W głowie miałem jasny plan – dwa biegi jednego dnia i zero przypadkowości. Najpierw Runmageddon Classic 12 km, czyli solidna dawka podbiegów, błota i przeszkód siłowych. Potem około 11:30 Rekrut 6 km – krótszy dystans, ale wyższe tempo i mniejszy margines błędu. Wiedziałem, że kluczowe będzie rozsądne rozłożenie sił. Nie mogłem „przepalić się” na pierwszym starcie, bo dzień dopiero się zaczynał. Strategia była prosta: kontrola tempa, skupienie na technice na przeszkodach i minimalizowanie strat energii tam, gdzie to możliwe. Z tyłu głowy cały czas miałem też niedzielny Hardcore. Ten weekend to nie był jeden start, tylko cała seria prób. Dlatego już od rana myślałem długofalowo – nawadnianie, jedzenie, regeneracja między biegami. Każda decyzja miała znaczenie. Na miejscu czuć było energię jeszcze przed wejściem do strefy startowej. Tłumy zawodników w kominiarkach, czapkach, owinięci w folię NRC po wcześniejszych falach. Kibice przy barierkach, aparaty w dłoniach, okrzyki wsparcia. Muzyka niosła się po hałdzie, a spiker budował napięcie z każdą minutą do startu. Zimowy Runmageddon w Gliwicach to wydarzenie, które naprawdę przyciąga ludzi – i tych, którzy walczą na trasie, i tych, którzy przychodzą zobaczyć zmagania w błocie. W powietrzu czuć było mieszankę ekscytacji i respektu. Każdy wiedział, że hałda Sośnica potrafi zweryfikować formę szybciej niż jakakolwiek przeszkoda. Jedni żartowali, inni stali w ciszy, skupieni. Ja czułem mobilizację – ten moment tuż przed startem, kiedy ciało jest gotowe, a głowa jeszcze raz analizuje wszystko, co za chwilę się wydarzy. Hałda w Gliwice czyli klasyczny dystans Classic 12 km Classic 12 km od początku dawał w kość. Już pierwsze podbiegi ustawiły tempo i pokazały, że to nie będzie spokojne wejście w weekend. Hałda Sośnica to nie jest płaski teren, na którym można złapać rytm i biec jednostajnie. Tu co chwilę zmienia się nachylenie, podłoże, kąt ustawienia stopy. Podbiegi paliły łydki i czwórki, tętno szybko szło w górę. Zbiegi z kolei wymagały pełnej koncentracji – jeden niekontrolowany krok i można było stracić równowagę. Zimą dochodzi kolejny czynnik. Podłoże jest śliskie, nierówne, miejscami zmarznięte, a miejscami rozjechane w ciężkie, lepkie błoto. Każdy krok wciągał but głębiej, a po kilku kilometrach miałem wrażenie, że niosę dodatkowe kilogramy na nogach. Buty nasiąknięte wodą i błotem ważyły zdecydowanie więcej niż na starcie, a to odbijało się na dynamice. Przeszkoda za przeszkodą – jak wygląda walka w błocie Przerwy miałem raptem około 30 minut. To niewiele, biorąc pod uwagę, że dopiero co zszedłem z 12 kilometrów w błocie. W tym czasie musiałem zrobić wszystko: uspokoić oddech, uzupełnić płyny, coś lekkiego przegryźć i przede wszystkim nie dopuścić do wychłodzenia organizmu. Wypiłem gorącą herbatę, która momentalnie postawiła mnie trochę na nogi. Zdjąłem mokre elementy garderoby, spróbowałem się rozgrzać, poruszać stawami, żeby ciało nie „zastygło” po wysiłku. To była też chwila na szybkie przełączenie głowy. Classic to bieg bardziej wytrzymałościowy – swoje trzeba odpracować na dystansie. Rekrut 6 km to zupełnie inna dynamika. Krócej, szybciej, intensywniej. Wiedziałem, że tempo będzie wyższe, a błędy bardziej kosztowne. Musiałem przestawić się mentalnie z trybu „kontrola i ekonomia” na tryb „agresja i zdecydowanie”. Najtrudniejsza przeszkoda Zimowy Runmageddon Najtrudniejszą przeszkodą nie była lina ani ściana. Najbardziej wymagające okazało się potrójne combo – sekwencja trzech elementów pod rząd, która wyciągała siłę z ramion i głowy. Tam naprawdę widać było, kto zachował koncentrację, a komu zabrakło energii. Mnóstwo ludzi właśnie w tym miejscu oddawało opaskę. Zmęczenie po wcześniejszych przeszkodach robiło swoje, chwyt puszczał, a presja tylko rosła. Dopiero później hałda zaczęła zbierać swoje żniwo. Na zbiegach kilka razy krzywo stanąłem. Poczułem wyraźny sygnał z lewej kostki. Na początku adrenalina przykryła ból, ale po biegu było już jasne – kostka spuchła. Posmarowałem ją Voltarenem, lekko schłodziłem i zacząłem kalkulować. W niedzielę czekał Hardcore – 21 km i około 70 przeszkód. Nie było miejsca na panikę. Trzeba było działać rozsądnie. Błoto, zimowy klimat i reakcje tłumy Po sobotnich startach poszliśmy coś zjeść, uzupełnić kalorie i odpocząć. Regeneracja była kluczowa. Ograniczyłem chodzenie do minimum, nogę trzymałem w miarę możliwości w spokoju. Mimo bólu atmosfera była niesamowita. Tłumy kibiców przy najtrudniejszych przeszkodach, okrzyki wsparcia, zawodnicy pomagający sobie w błocie. W takich momentach czuć, że Runmageddon to coś więcej niż rywalizacja. Meta zimowy runmageddon – co warto zobaczyć Niedziela. Pobudka około 6:00. Kostka nadal dawała o sobie znać, ale była stabilna. Wiedziałem, że 21 km Hardcore nie wybacza błędów. Trzeba było biec mądrze. Start był spokojniejszy niż dzień wcześniej. Skupienie, kontrola tempa, ostrożność na zbiegach. 70 przeszkód oznaczało ciągłą pracę – chwyt, nogi, core, głowa. Każdy kilometr na hałdzie był testem wytrzymałości. Zmęczenie rosło, ale razem z nim rosła determinacja. Wiedziałem, że jeśli dowiozę ten bieg do mety, ten weekend będzie miał zupełnie inny wymiar. Meta oczami zawodnik – ostatni komentarz Ostatnie metry Hardcore zapamiętam na długo. To jest moment, w którym ciało jest już na granicy, ale głowa zaczyna przejmować kontrolę. Słyszysz spikera z oddali, najpierw niewyraźnie, potem coraz głośniej. Widzisz bramę mety, światła, ludzi przy barierkach. Czujesz ciężar trzech biegów w nogach – każdy podbieg, każde lądowanie na zbiegach, każdą przeszkodę, która kosztowała trochę siły. Na tym etapie nie biegniesz już

2026-02-22 / 0 Comments
read more

Mój debiutancki sezon Runmageddon 2025

runmageddon

Bieg przeszkodowy, czyli debiutancki sezon Runmageddon 2025 Ten sezon to był rollercoaster: debiut w świecie OCR, starty z podopiecznymi i bliskimi, pierwsze podejście do Elite, a na koniec Hardcore 21 km na finale we Wrocławiu–Długołęce. Poniżej pełne podsumowanie – z datami, miastami, formułami i najważniejszymi wnioskami treningowymi. Liczby debiutanckiego sezonu w Runmageddonie  Łącznie startów w sezonie: 12 (od warszawskiego debiutu po finał we Wrocławiu–Długołęce).  Miasta/lokalizacje z relacji: Warszawa (Suntago), Katowice (Hałda Kostuchna), Lublin, Łódź (Błonia Łódzkie), Dobczyce (k. Krakowa), Wrocław–Długołęka. j Formuły/dystanse (potwierdzone w relacjach): 6 km, 12 km, Elite (debiut w Dobczycach), Hardcore 21 km(Długołęka, dzień 2).  Moje udziały w Runmageddonie, czyli biegi z przeszkodami w poszczególnych miastach Warszawa (Suntago) — debiut i od razu podwójne uderzenie w biegu przeszkodowym Mój pierwszy Runmageddon w życiu to było wejście na głęboką wodę. Zamiast spróbować raz i spokojnie ocenić, czy to w ogóle sport dla mnie, od razu zapisałem się na dwa starty w jeden weekend. W sobotę wystartowałem na dystansie 6 km, a w niedzielę dorzuciłem 12 km. Warszawa przywitała mnie ogromnym wydarzeniem — tysiące uczestników, głośna muzyka, adrenalina unosząca się w powietrzu i to uczucie, że zaraz przekroczę symboliczną granicę. Pierwsze przeszkody to jeszcze zabawa i ekscytacja, ale im dalej, tym bardziej liczyła się odporność i koncentracja. Błoto, liny, ściany, czołganie się pod zasiekami — wszystko to, o czym wcześniej tylko czytałem, nagle stało się rzeczywistością. Najbardziej zapamiętałem jednak energię tłumu i wspólnoty — każdy pomaga każdemu, nie ma anonimowości, nawet jeśli startujesz solo. Warszawa była dla mnie punktem zapalnym całego OCR-owego sezonu. To właśnie tam wciągnąłem się na dobre w błotnisty świat Runmageddonu. Katowice — 7–8 czerwca, „wspólny start, wspólna walka” czyli jak zmierzyć się z trasa u boku debiutanta Kolejny duży krok zrobiłem w Katowicach na hałdzie Kostuchna. To miejsce samo w sobie robiło wrażenie — kopalniany krajobraz, ostre podbiegi, śliska ziemia i kurz, który w połączeniu z przeszkodami tworzył prawdziwy poligon doświadczalny. W sobotę pokonaliśmy trasę 6 km, a w niedzielę 12 km. Tym razem nie byłem tam po to, by „udowadniać coś sobie”. Najważniejsze było bycie obok podopiecznego — Karola, który debiutował w OCR. Dla mnie to była praktyka trenerska w czystej postaci: od motywacji i wsparcia na przeszkodach, po kontrolę tempa, żeby zbyt szybko nie spalić sił. Nie zapomnę momentu, kiedy zmagał się z wysoką ścianą. Podpowiedzi, doping, ręka do pomocy i… udało się. To była największa wygrana dnia. Te dwa dni pokazały mi, że Runmageddon to nie tylko wynik na mecie — to budowanie charakteru i odkrywanie nowych granic razem z innymi. Lublin — podopieczni, drużyna i… drugi bieg po 2 godzinach Runmageddon w Lublinie był szczególny, bo to był pierwszy taki event w moim mieście. Atmosfera święta, setki zawodników, błoto pod zamkiem — i ten dreszczyk emocji, że startuję u siebie. Najpierw pobiegłem z drużyną moich podopiecznych. Dla wielu był to absolutny debiut, więc skupiałem się na tym, żeby nikt nie poczuł się pozostawiony sam sobie. Tu nie chodziło o czas, ale o wsparcie i wspólną satysfakcję na mecie. Po niespełna dwóch godzinach znów stanąłem na linii startu — tym razem z młodszym bratem w kategorii U16. To był bieg zupełnie inny — pełen radości, rodzinnego klimatu i dumy, że mogę mu towarzyszyć w jego pierwszym starciu z OCR. A żeby tego było mało, drugiego dnia w niedzielę wystartowałem jeszcze raz — tym razem w formule Classic 12 km, razem z Jolantą. To była kolejna okazja, by sprawdzić siły na dłuższym dystansie, a jednocześnie pobiec ramię w ramię i dzielić się doświadczeniem. Było zmęczenie, były obtarcia, ale satysfakcja była potrójna. Lublin pokazał mi, jak ważne jest łączenie sportu z pasją, rodziną i wspólnym przeżywaniem każdej chwili na trasie. Łódź — 23 sierpnia, bieg z Filipem w formule Rekrut w biegu Runmageddon Łódzkie Błonia w sierpniu okazały się wymagającą areną. Startowałem w duecie z kolejnym podopiecznym — Filipem. Dla niego był to dopiero drugi Runmageddon, ale już na pierwszych kilometrach było widać ogromny progres w porównaniu do Lublina. Pierwsze trzy kilometry poszły nam świetnie — mocne tempo, pełna energia. Potem przyszedł kryzys, który w OCR zawsze wcześniej czy później się pojawia. To był dla niego test psychiki: czy potrafi zebrać się na tyle, żeby iść dalej mimo zmęczenia. Odpowiedź była jasna — potrafił. Dla mnie Łódź to był też ważny sygnał. Po raz pierwszy przeszedłem przez trasę bez spalonych przeszkód. Wszystko, co trenowałem — drążki, zwisy, technika przejść — oddało na zawodach. Poczułem, że jestem gotowy, żeby spróbować czegoś więcej — i właśnie wtedy pojawił się pomysł startu w Elite. Dobczyce (k. Krakowa) — 20–21 września, debiut w Elite w biegu z przeszkodami na RMG Dobczyce były punktem zwrotnym sezonu. To tam zadebiutowałem w kategorii Elite — czyli w gronie tych, którzy muszą pokonać wszystkie przeszkody, jeśli chcą zachować opaskę. Sobota okazała się brutalną lekcją pokory. Przeszkoda „Jumanji”, presja opaski, ogromne wymagania techniczne — i w końcu utrata opaski. To był moment, w którym poczułem sportową złość, ale też świadomość, jak dużo jeszcze przede mną. Niedziela była inna. Wróciłem na trasę już w OPEN na 12 km. Bez presji, bez „muszę”, za to z ogromną frajdą i wolnością. Każda przeszkoda była jak odkupienie po sobocie. Największy zysk? Mentalność. Zrozumiałem, że porażka jednego dnia nie przekreśla całej pracy, a najważniejsze to wrócić i dokończyć to, co się zaczęło. Wrocław–Długołęka — 18–19 października, finał sezonu i Hardcore 21 km Sezon zamknąłem w wielkim stylu — na finale we Wrocławiu–Długołęce. To były dwa dni pełne adrenaliny i testowania wszystkiego, czego nauczyłem się przez rok. Dzień 1: najpierw Classic 12 km (około 50 przeszkód), a potem jeszcze Rekrut 6 km (około 30 przeszkód). W obu startach spaliłem tylko po dwie przeszkody — to dowód, że trening chwytu, barków i stabilizacji opłacił się w 100%. Dzień 2: wisienka na torcie, czyli mój debiut w Hardcore 21 km. Dystans ponad trzy razy dłuższy niż klasyczny Runmageddon Rekrut, wymagający świetnej logistyki: kontrola tempa, plan odżywiania, zarządzanie siłami. To nie była tylko walka z przeszkodami, ale też z własnym organizmem i głową. Udało się jednak ukończyć i to w dobrym stylu. Ten

2025-10-31 / 0 Comments
read more

Runmageddon Wrocław–Długołęka 18–19.10.2025: moje dwa dni w błocie, ogniu i euforii

runmageddon

Runmageddon Wrocław–Długołęka: dwa dni błota, ognia i przeszkód. Finał sezonu Runmageddon 2025 jako uczestnik i kibic. Dlaczego znów to robię? Bo to finał sezonu! Mówią, że Runmageddon uzależnia — i coś w tym jest. Po poprzednich startach obiecywałem sobie, że „kolejny zrobię na luzie”. A potem wchodzi zapowiedź: Runmageddon Wrocław–Długołęka 2025, finał sezonu, nowe trasy, wydarzenie na skalę festiwalu OCR. Czuję zapach dymu przy starcie, chłód wody na łydkach i napięcie na przedramionach, kiedy wiszę na przeszkodach. Ten weekend był dla mnie nie tylko biegiem z przeszkodami, ale też podsumowaniem sezonu, treningów i sposobu myślenia o wysiłku. To był mój debiutancki sezon i łącznie zaliczyłem 12 startów — od końca maja, zaczynając w Warszawie, przez Katowice, Lublin, Łódź i Kraków, aż po wielkie domknięcie we Wrocławiu. Dobre towarzystwo plus fajne miasto Do Wrocławia namówiłem do startu mojego kumpla Karola, a że to był dalszy wyjazd, uznaliśmy, że zabierzemy ze sobą nasze dziewczyny — Asię i Małgosię — żeby połączyć to w fajny, towarzysko-sportowy wypad. Spaliśmy blisko centrum Wrocławia, a do gminy Długołęka mieliśmy szybki dojazd — idealny układ na finał sezonu Runmageddonu Wyjechaliśmy z samego rana, ok. 7:20, żeby spokojnie dojechać; po drodze zrobiliśmy kilka krótkich postojów — toaleta, szybkie rozciąganie, coś na ząb — i ok. 13:30 na luzie zameldowaliśmy się w apartamencie, który był już gotowy i czekał na nas. Po rozpakowaniu i podziale pokoi ruszyliśmy na spacer do miasta: wpadliśmy na starówkę, zebraliśmy parę krasnali, a około 17:00 podjechaliśmy odebrać pakiety startowe przed weekendowymi biegami. Runmageddon Wrocław Długołęka 2025 – Dzień 1 W sobotę pobiegłem 12 km (ok. 50 przeszkód) — nie zaliczyłem tylko dwóch przeszkód. Po południu dorzuciłem 6 km (ok. 30 przeszkód) — również dwie spalone. Jak na finał i obciążenie dwoma startami jednego dnia, jestem naprawdę zadowolony. Czułem, że trening chwytu, stabilizacji i bieg w terenie zagrały w punkt. W niedzielę celem było równe tempo i czysta głowa — technika wciąż siadała, a ja zbierałem doświadczenie pod kolejne edycje cyklu. Godz. 7:00 – start w Runmageddon Classic (12 km). Założenie: płynnie, bez szarpania, pełna kontrola techniki. Szybka mobilizacja bioder, barków i nadgarstków, kilka przebieżek oraz aktywacje pod drążki (zwisy, depresja łopatek, guma) – na linię startu wchodziłem wyostrzony, nie wypalony. Jak poszło? Bardzo dobrze. Trzymałem równe tempo i czyste przejścia na większości przeszkód. Na trasie zatrzymały mnie tylko dwa elementy: potrójne combo i DNA – reszta weszła zgodnie z planem. Łańcuchy i multirig przechodziłem na krótkim dogrywaniu chwytu z aktywnymi barkami, ściany nad wodą brałem spokojniej dla pewnego chwytu, w crawlu po błocie pilnowałem niskich bioder i rytmu łokci, a na linie – kolana wysoko, stopa zakleszczona i po wejściu 2–3 spokojne wdechy przed dalszym biegiem. Po biegu byłem sam — usiadłem na chwilę, żeby złapać oddech i spróbować się ogrzać, bo zimno weszło mocno. Od razu wskoczyłem w bluzę, ale dalej trzęsło mnie z chłodu, więc podjąłem szybką decyzję: podskoczyłem do sklepu, dokupiłem męskie legginsy, przebrałem się na miejscu i… właśnie w nich pobiegłem później Runmageddon Rekrut 6 km. Na Rekrut o 10:50 wystartowałem już razem z Karolem — potraktowałem ten bieg towarzysko: chciałem mu towarzyszyć w debiucie, na spokojnie potrenować przeszkody i nie zajechać się przed niedzielnym Hardcore. Reszta ekipy dopiero wtedy dojeżdżała na Rekruta, więc wcześniejszą chwilę po mecie spędziłem solo, dochodząc do siebie i łapiąc ciepło. Wniosek z dnia: technika i cierpliwość robią robotę – dwa potknięcia (potrójne combo, DNA), ale całościowo solidny, kontrolowany bieg na 12 km. Regularne i ciężkie treningi oddają – czuć to na każdej przeszkodzie i w równym tempie od startu do mety. Runmageddon Wrocław Długołęka 2025 – Dzień 2 Biegłem razem z Karolem — w niedzielę startowaliśmy w formule Runmageddon Hardcore 21 km. Dla nas obu był to debiut na tak długim dystansie w tych zawodach. Nie ukrywam: zanim do tego doszło, musiałem długo namawiać Karola, żeby zgodził się pójść „po całe” i spróbować Hardcore. Rozważaliśmy za i przeciw, omawialiśmy taktykę żywienia i tempa, a decyzja dojrzewała kilka dobrych dni. Od pierwszych metrów trzymaliśmy się razem. Ja brałem na siebie prowadzenie i kontrolę tempa, podpowiadałem techniki na przeszkodach i pilnowałem, żeby nie „spalić zapału” na pierwszych kilometrach. Karol świetnie reagował na wskazówki, nie pękał na trudniejszych odcinkach, a kiedy wchodziło zmęczenie, trzymał głowę spokojną i robił swoje. Jestem z niego naprawdę dumny — jako trener widzieć, jak podopieczny dowozi plan w realnych warunkach Hardcore 21 km, to czysta satysfakcja. Meta była wspólna, a ten start zapisujemy jako udany debiut w formule Hardcore – 21km i mocny fundament pod kolejne, dłuższe biegi w cyklu. Co wyróżnia finał Runmageddonu w Długołęce? Skala wydarzenia: prawdziwy festiwal OCR. Trasy dla dorosłych i Kids, strefa expo, głośny doping — czuć, że to finał sezonu Runmageddonu. Różnorodność: od Rekrut (krótszy dystans), przez klasyczne formaty, po Runmageddon Hardcore (21 km, nawet 70 przeszkód). To robi klimat mistrzostw (w sensie jakości rywalizacji), choć to wciąż „nasz” Runmageddon w Polsce — dostępny dla amatorów i PRO. Organizacja i bezpieczeństwo: dobre oznaczenia, strefy wsparcia, kontrola przepływu na przeszkodach. Bezpieczeństwo jest tu realnym priorytetem — to czuć. Dlaczego warto przyjechać na finał do Wrocław–Długołęka? Bo to wydarzenie z energią. Polska scena OCR rośnie, a Runmageddon Wrocław–Długołęka to idealne miejsce, by poczuć klimat mistrzostw: mocne wyścigi na bardzo wysokiej intensywności, szeroki przekrój poziomów i wielka dawka adrenaliny. Do tego świetny weekend w mieście — między biegami SkyTower, po biegu ZOO, a wieczorem dobra regeneracja w centrum. Warto też powalczyć o statuetki Weterana – za zaliczenie trzech dystansów (6 km, 12 km oraz 21 km) w ramach cyklu można zdobyć prestiżowe wyróżnienie, które pięknie domyka sezon. Podsumowanie czyli Finał Runmageddon Wrocław Długołęka 2025  Finał Runmageddon Wrocław–Długołęka 2025 to dla mnie weekend, w którym wszystko zagrało: atmosfera festiwalu biegu z przeszkodami, świetna organizacja, mocne trasy i realny progres. W sobotę zaliczyłem 12 km (~50 przeszkód)oraz 6 km (~30 przeszkód) – na obu trasach nie zrobiłem tylko po 2 przeszkody, co uznaję za solidny wynik na finał sezonu. W niedzielę utrzymałem równe tempo i czystą technikę. Całość dopełniły: wsparcie ekipy (Asia, Karol, Małgosia), nocleg blisko centrum Wrocławia, szybkie zwiedzanie SkyTower

2025-10-25 / 4 komentarze
read more

Runmageddon Dobczyce 2025 – mój debiut na trasie w kategorii Elite

runmageddon

Runmageddon Dobczyce 2025 – mój debiut na trasie w kategorii Elite Wydarzenie w malowniczych okolicach Krakowa W dniach 20–21 września odbył się Runmageddon w Dobczycach, w malowniczych okolicach Krakowa. To wydarzenie od dawna miałem wpisane w kalendarz, ale tym razem było ono wyjątkowe – stanąłem na starcie w kategorii Elite, co oznaczało mój debiut na najwyższym poziomie zmagań. Był to krok, na który długo się przygotowywałem, zarówno fizycznie, jak i mentalnie, wiedząc, że rywalizacja w tej kategorii nie wybacza błędów. Świadomość, że czeka mnie zupełnie nowe doświadczenie, dodawała ekscytacji, ale i budziła respekt przed trasą oraz przeszkodami. Piątek – trasa z Lublina i przygotowania do Runmageddon Kraków Dobczyce Podróż z Sebą minęła bez żadnych niespodzianek – zero stresu, pełen luz i pozytywne nastawienie. Wyszedł z tego typowo męski, sportowy wyjazd – po drodze stawaliśmy, żeby rozruszać kości, coś zjeść i na spokojnie złapać oddech. Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie – raz słońce, raz chmury – ale na luzie dojechaliśmy w dobrym czasie, nie spiesząc się i nie łapiąc niepotrzebnej presji. Na miejscu czekał na nas bardzo przytulny domek, idealny żeby odpocząć przed wyzwaniem. Do tego pogoda jak marzenie – cały weekend zapowiadano 27–28 stopni i pełne słońce. Wszystko wyglądało perfekcyjnie, aż trudno było uwierzyć, że nazajutrz czeka mnie tak trudny dzień. Sobota – debiut w kategorii Elite Sam start był dla mnie ogromnym wydarzeniem. Stanąć obok najlepszych, poczuć atmosferę, zmierzyć się z trasą i przeszkodami na najwyższym poziomie – to było coś, co długo chodziło mi po głowie. Adrenalina buzowała we krwi, a serce biło szybciej niż zwykle, bo wiedziałem, że każdy błąd może kosztować utratę opaski. Czułem ekscytację, ale też respekt – to nie był już tylko bieg dla zabawy, lecz prawdziwa sportowa rywalizacja. Jumanji i utrata opaski Bieg zaczął się dobrze, adrenalina niosła mnie przez pierwsze przeszkody. Ale im dalej, tym bardziej czułem, że każdy element trasy jest walką nie tylko z ciałem, ale i z głową. Z każdym kilometrem ramiona stawały się cięższe, a chwyt słabszy, ale głowa wciąż powtarzała: walcz dalej. W końcu nadszedł moment, którego najbardziej się obawiałem – przeszkoda Jumanji. Serce waliło jak młot, ręce ślizgały się od potu, a mimo determinacji i wysiłku musiałem się poddać. Oddałem opaskę. Symbol Elite został na przeszkodzie, a razem z nim kawałek mojej motywacji i energii. Czułem, jakby ktoś wyciągnął mi powietrze z płuc – świadomość, że ten dzień już nie będzie taki, jak go sobie wyobrażałem, uderzyła najmocniej. Medal, który nie cieszył Udało mi się ukończyć cały bieg, ale nie było w tym radości. Byłem zły na siebie, rozczarowany i sfrustrowany.Zamiast dumy czułem ciężar porażki, a satysfakcja, która zwykle towarzyszy na mecie, tym razem nie przyszła. Pamiątkowy medal wisiał na szyi, ale nie miał żadnego znaczenia – był tylko kawałkiem metalu, który przypominał mi o straconej szansie. Usiadłem na słońcu, dopiłem swoje bezalkoholowe piwo i patrzyłem w dal, jakbym szukał odpowiedzi na pytanie „co dalej?”. To był moment frustracji, pustki i walki z samym sobą. Regeneracja i decyzja o kolejnym starcie Potem jednak przyszła regeneracja – poszliśmy coś zjeść, była krótka drzemka, nawodnienie, jedzenie i relaks. Ciało zaczęło wracać do równowagi, a wraz z nim powoli uspokajała się głowa. Każdy łyk wody i każdy kęs jedzenia były jak małe kroki w stronę odzyskania energii. Z minuty na minutę czułem, że frustracja powoli ustępuje miejsca refleksji, a ciężar w sercu zaczyna robić się lżejszy. Powoli zaczynałem się podnosić. Zamiast uciec – druga szansa Choć początkowo planowałem wrócić do domu i odpuścić, finalnie odebrałem pakiet startowy na niedzielę. To nie była łatwa decyzja – w głowie wciąż siedziała porażka z dnia poprzedniego i niechęć, żeby znów stanąć na starcie. A jednak coś we mnie powiedziało: nie kończ tego weekendu w taki sposób. Mimo oporu postanowiłem, że dam sobie drugą szansę. Tym razem nie w Elite, a w OPEN – by poćwiczyć przeszkody, sprawdzić się bez presji i pobiec mocno tam, gdzie będzie to możliwe. To miała być okazja, by zamiast uciekać, spojrzeć wyzwaniu w oczy i udowodnić sobie, że potrafię podnieść się po upadku. Niedziela – start w OPEN Drugi dzień wyglądał zupełnie inaczej. Już od rana czułem, że coś się we mnie odblokowało – głowa była spokojniejsza, ciało lżejsze, a stres zniknął. Start w OPEN sprawił, że zniknęła presja wyniku i opaski, a pojawiła się czysta radość biegu. Od samego początku nogi niosły mnie szybciej, a oddech był równy i mocny. Na trasie czułem różnicę – w ok. 2 godziny pokonałem 12 kilometrów, co było wyraźnie lepszym wynikiem niż dzień wcześniej. Biegło się swobodnie, płynnie, jakby organizm dopiero teraz złapał właściwy rytm. Każdy podbieg i każde błotniste zejście dawały satysfakcję, zamiast odbierać siły. Przeszkody również wychodziły znacznie lepiej. Pewność ruchu, mocniejszy chwyt i spokojna głowa sprawiały, że pokonywałem je z większą łatwością. To było uczucie, jakbym dopiero w niedzielę wszedł w odpowiednią formę – jakby cały sobotni stres, przygotowania i emocje były tylko wstępem do tego, żeby naprawdę pokazać, co potrafię. Czułem, że właśnie tego dnia jestem w optymalnej dyspozycji – takiej, na jaką liczyłem w sobotę. Paradoksalnie, dopiero kiedy odpuściłem presję i wystartowałem w bardziej luźnej formule, odkryłem w sobie świeżą energię. Forma przyszła w niedzielę, a nie w sobotę, do której docelowo się szykowałem. Ten bieg pozwolił mi zakończyć weekend z podniesioną głową. Był dowodem na to, że porażka nie definiuje całości, a czasami prawdziwe zwycięstwo kryje się w tym, by podnieść się i stanąć do walki jeszcze raz – nawet jeśli w innej kategorii. Podsumowanie czyli warto walczyć do końca  Ten weekend w Dobczycach pokazał mi, jak wymagający potrafi być sport i jak cienka jest granica między euforią a rozczarowaniem. Sobota była dla mnie lekcją pokory – stratą opaski, zmęczeniem i momentem, w którym głowa chciała odpuścić. Niedziela natomiast udowodniła, że nawet po porażce można się podnieść i odnaleźć siłę do dalszej walki. Zrozumiałem, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem, a czasem najlepsza forma przychodzi wtedy, kiedy najmniej się jej spodziewamy. Ważne, by nie zamykać się na jedno niepowodzenie, tylko dać sobie drugą szansę. Bo w sporcie – tak samo

2025-09-27 / 4 komentarze
read more

Runmageddon w Łodzi z Filipem

runmageddon

Runmageddon Łódź 2025 – relacja z ekstremalnego biegu pełnego emocji Łódzkie Błonie – wyjątkowe miejsce Runmageddon 23 sierpnia odbył się na Błoniach Łódzkich, które stworzyły świetne warunki do rywalizacji. Trasa była zróżnicowana – od błotnistych odcinków, przez techniczne przeszkody, aż po fragmenty wymagające szybkości. To sprawiło, że każdy uczestnik mógł poczuć pełnię emocji i sprawdzić się w naprawdę ekstremalnych warunkach. Na początku warto wspomnieć, że na Runmageddon Łódź pojechaliśmy razem z Asią, co już od samego startu dodało całemu wydarzeniu wyjątkowego klimatu. To był jednak dla mnie bardzo trudny weekend – nie tylko pod względem logistycznym, ale również jako prawdziwy sprawdzian siłowy. Dlaczego? Ponieważ następnego dnia czekał mnie start w 1/8 IronMan w Stężycy. Łączenie dwóch tak wymagających wydarzeń dzień po dniu to nie lada wyzwanie – zarówno dla ciała, jak i głowy. Ale o szczegółach i tym, jak wyglądał mój triathlonowy start, opowiem więcej w osobnym artykule… 😉 Wyruszyliśmy z Asią wcześnie rano, pełni energii i nastawieni na sportowy weekend. Droga do Łodzi mijała sprawnie, choć po drodze trafiliśmy na małe korki, które trochę spowolniły naszą podróż. Ostatecznie dotarliśmy na miejsce nieco później, niż planowaliśmy, więc wszystko było na styku – dosłownie w ostatniej chwili udało nam się odebrać pakiety startowe i przygotować do biegu. Zaczęliśmy bieg z przeszkodami Dla Filipa był to drugi start w tej formule i trzeba przyznać, że różnica była ogromna. W porównaniu do wcześniejszego biegu w Lublinie pobiegł szybciej, pewniej i sprawniej. Czas na mecie mówił sam za siebie – progres był wyraźny i naprawdę cieszył oko. Pierwsze 3 km pokonaliśmy w zaledwie 25 minut, co było ogromnym progresem i sygnałem, że idziemy w dobrym kierunku. Jednak wraz z kolejnymi kilometrami siły zaczęły opadać i musiałem dosłownie zdzierać gardło, aby zmotywować młodzieńca do dalszej walki. Filip pomimo przeciwności – kolki, braku tlenu czy nadmiaru kilogramów, które regularnie gubimy – nie odpuścił i zostawił całe serce na trasie. Na trasie dopingował go także tata, Tomek, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam 👊. Mam ogromną nadzieję, że już niedługo obaj – ojciec i syn – zadebiutują razem w Runmageddonie. To byłoby naprawdę wyjątkowe doświadczenie i piękny przykład sportowej przygody rodzinnej. Swoją drogą, ponownie pokonałem wszystkie przeszkody, jakie były do zrobienia, i jestem z siebie naprawdę dumny. To daje mi ogromną satysfakcję i potwierdza, że moja praca na treningach przekłada się na realne efekty na trasie. Coraz bardziej czuję też, że nadchodzi czas, aby spróbować swoich sił w kategorii Elite – by zmierzyć się z najlepszymi i sprawdzić, gdzie aktualnie jest moja granica. Emocje na trasie i mecie Ten start dał nam wszystkim ogrom emocji. Był wysiłek, zmęczenie, chwile zwątpienia, ale przede wszystkim satysfakcja na mecie. To właśnie meta w Runmageddonie smakuje najlepiej – bo wiesz, że zostawiłeś na trasie 100% energii i serca. Dla mnie dodatkowym powodem do radości była możliwość przeżycia tego razem z Filipem. Wspólny start to coś więcej niż trening – to doświadczenie, które zostaje w pamięci na długo. Jestem naprawdę dumny z tego chłopa – z tego, że daje z siebie zawsze maksa na treningach, że nigdy nie odpuszcza i walczy o każdy metr na zawodach. Widać też, że złapał bakcyla – bo zamiast mieć dość, po wszystkim już myśli o kolejnym starcie. To najlepszy dowód na to, że wkręcił się w sportową przygodę i chce więcej Po zawodach chwile luzu i odpoczynku… oraz cisza przed „burzą” Ten start dał nam wszystkim ogrom emocji. Był wysiłek, zmęczenie, chwile zwątpienia, ale przede wszystkim satysfakcja na mecie. To właśnie meta w Runmageddonie smakuje najlepiej – bo wiesz, że zostawiłeś na trasie 100% energii i serca. Dla mnie dodatkowym powodem do radości była możliwość przeżycia tego razem z Filipem. Wspólny start to coś więcej niż trening – to doświadczenie, które zostaje w pamięci na długo. Jestem naprawdę dumny z tego chłopa – z tego, że daje z siebie zawsze maksa na treningach, że nigdy nie odpuszcza i walczy o każdy metr na zawodach. Widać też, że złapał bakcyla – bo zamiast mieć dość, po wszystkim już myśli o kolejnym starcie. To najlepszy dowód na to, że wkręcił się w sportową przygodę i chce więcej 💪. Po zawodach udaliśmy się na zasłużone jedzonko i odpoczynek. W jednej z łódzkich restauracji zrelaksowaliśmy się przy pysznych burgerach, ciesząc się spokojną i miłą atmosferą po całym wysiłku. Wracając do domu, podróż trochę się dłużyła – na trasie z Łodzi było sporo wypadków i zatorów – ale ostatecznie, bez większych niespodzianek, dotarliśmy wieczorem do mojego rodzinnego domu. A tam… szybki sen, bo następnego dnia o 5 rano trzeba było wstać i wyruszyć na 1/8 Ironman w Stężycy. Czekało mnie więc prawdziwe wyzwanie – ale o tym opowiem już w osobnym tekście. Swoją drogą, mogłem sobie darować ciężki trening na nogi i ręce zrobiony dwa dni przed startem – bo biegnąc z Filipem miałem jeszcze lekkie zakwasy, co wcale nie ułatwiało zadania 😅. Na koniec raz jeszcze ogromne podziękowania:🙏 dla Asi – za to, że zawsze jeździ ze mną na zawody i wspiera na każdym kroku,🙏 dla Filipa – za wspólny start, determinację i walkę na trasie,🙏 dla jego taty Tomka – za świetne zdjęcia i filmiki, które pięknie oddają atmosferę tego dnia. Runmageddon to nie tylko bieg. To wydarzenie, które łączy ludzi, daje niesamowite przeżycia i pozwala sprawdzić swoje granice. Nieważne, czy startujesz w serii Elite, w formule Rekrut – 6 km, czy zapisujesz swoje dziecko do Runmageddon Kids – każdy znajdzie coś dla siebie. Dla mnie ta edycja była kolejnym dowodem na to, że warto podejmować wyzwania i pracować nad sobą. A dla Filipa – kolejnym krokiem w rozwoju, który pokazuje, że ciężka praca przynosi realne efekty. Chcesz spróbować Runmageddonu? Runmageddon to nie tylko bieg – to przygoda, test charakteru i niesamowita zabawa.To moment, w którym sprawdzasz swoją siłę, wytrzymałość, odporność psychiczną i umiejętność radzenia sobie w trudnych warunkach.Każda przeszkoda to nowe wyzwanie, a każda pokonana – satysfakcja, której nie da się porównać z niczym innym. Jeżeli marzysz o starcie w takim wydarzeniu, pamiętaj – przygotowanie to klucz.Nie chodzi tylko o bieganie, ale też o wszechstronny trening: siłowy, kondycyjny i

2025-09-17 / 0 Comments
read more

Jak wspólnie pokonaliśmy pierwszy Runmageddon w Lublinie

runmageddon

Jak wspólnie pokonaliśmy pierwszy Runmageddon w Lublinie Runmageddon w Lublinie po raz pierwszy Po raz pierwszy w historii Lublin stał się areną Runmageddonu – kultowego biegu z przeszkodami, który od lat przyciąga śmiałków z całej Polski. W tym roku to właśnie tutaj, w naszym mieście, pojawiły się ściany, liny, wodne przeszkody, błoto i piach, a uczestnicy mogli zmierzyć się z tym legendarnym wyzwaniem. Atmosfera była niesamowita – głośny doping kibiców, adrenalina unosząca się w powietrzu i widok setek osób gotowych stanąć na starcie. Pogoda tego dnia, w sobotę, była idealna do biegania – ciepło, słonecznie i bez deszczu, co tylko dodawało energii i sprzyjało walce na trasie. Dla mnie to wydarzenie miało jednak szczególny wymiar – przygotowywałem do niego moich podopiecznych i od początku wiedziałem, że nie będę stać z boku. Chciałem być z nimi na trasie, od pierwszego do ostatniego metra. Dzień zaczęliśmy od biegu z moją ekipą Dzień zaczęliśmy od biegu z moją ekipą podopiecznych – ludźmi, z którymi na co dzień pracuję na treningach i których namówiłem na ten start 💪Wspólnie stanęliśmy na linii, pokonaliśmy trasę i razem przekroczyliśmy metę – jako zgrany zespół, gotowy na błoto, przeszkody i dobrą zabawę. Naszym wspólnym celem było jasne: razem startujemy, razem dobiegamy do mety.Każdemu z osobna obiecałem, że pobiegniemy ramię w ramię i nikogo nie zostawię.I tak właśnie się stało – wszyscy cali, zdrowi, z uśmiechami na twarzach i dumą w sercu 🔥 Trasa, przeszkody i kryzysy Dla większości mojej drużyny był to pierwszy Runmageddon w życiu. Tylko Karol miał wcześniejsze doświadczenie, a pozostali – Filip, Przemek, Grzesiek i Karolina – mierzyli się z przeszkodami po raz pierwszy. Było gorąco, a trasa pomimo tego – była całkiem prosta, bez dużych górek, czy podbiegów.Pojawiły się kolki, zmęczenie i momenty, w których ktoś chciałby usiąść i odetchnąć… ale wtedy przypominałem: „Biegniemy razem. Damy radę”. Każda przeszkoda – wysoka ściana, lina, czołganie się w błocie – była dla debiutantów nowością. Moim zadaniem było nie tylko pomagać fizycznie, ale też tłumaczyć „na żywo”, jak je pokonać i dodawać odwagi w chwilach zwątpienia. Niecałe 2 godziny później – kolejny bieg, kolejne emocje Emocje po pierwszym biegu jeszcze nie zdążyły opaść, a już czekało mnie kolejne wyzwanie.Tym razem na starcie stanął mój młodszy brat, który debiutował w kategorii U16 🧡 Mimo że w ostatnich tygodniach przez wyjazdy nie miał zbyt wiele czasu na przygotowania, dał z siebie absolutnie wszystko. Ma ogromny potencjał i charakter, więc jestem pewien, że przed nami jeszcze wiele wspólnych treningów i startów. Biegłem z nim obok przez całą trasę, tak jak wcześniej z moimi podopiecznymi – dopingując, wspierając i przeżywając każdą przeszkodę razem z nim.Tak na marginesie – zrobiłem tego dnia dodatkowe 3 kilometry z plecakiem na plecach, biegnąc tuż obok niego, żeby mieć pewność, że dotrze do mety. Dlaczego wszyscy ukończyliśmy bieg? Odpowiedź jest prosta – przygotowanie i wsparcie.Przez wiele tygodni przed startem trenowaliśmy siłę, wytrzymałość, sprawność i technikę pokonywania przeszkód.Wiedziałem, że moi podopieczni mają kondycję i umiejętności, ale równie ważne było nastawienie psychiczne – świadomość, że w najtrudniejszym momencie obok jest ktoś, kto pomoże i zmotywuje.Wspólne treningi zbudowały między nami zaufanie i poczucie, że na trasie możemy na siebie liczyć bez względu na okoliczności.To właśnie ta drużynowa jedność i świadomość, że biegniesz ramię w ramię z osobami, które chcesz zobaczyć na mecie, sprawiły, że każdy z nas ukończył bieg z podniesioną głową. Meta – spełnienie obietnic Moment wbiegnięcia na metę – zarówno z drużyną, jak i z moim bratem – był dla mnie kwintesencją całego dnia.Zmęczenie mieszało się z radością, pot z satysfakcją, a w oczach każdego było widać dumę i ogromną ulgę, że to, co jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawało się nieosiągalne, stało się faktem.To była ta chwila, w której wszystkie godziny treningów, hektolitry wylanego potu i setki powtórzeń ćwiczeń nabrały sensu.Obietnica „nikogo nie zostawię” została dotrzymana dwa razy tego samego dnia – i to jest dla mnie największa nagroda oraz dowód, że siła zespołu i wzajemne wsparcie potrafią przenieść człowieka przez każdą przeszkodę, nie tylko na trasie biegu, ale i w życiu. Chcesz spróbować Runmageddonu? Runmageddon to nie tylko bieg – to przygoda, test charakteru i niesamowita zabawa.To moment, w którym sprawdzasz swoją siłę, wytrzymałość, odporność psychiczną i umiejętność radzenia sobie w trudnych warunkach.Każda przeszkoda to nowe wyzwanie, a każda pokonana – satysfakcja, której nie da się porównać z niczym innym. Jeżeli marzysz o starcie w takim wydarzeniu, pamiętaj – przygotowanie to klucz.Nie chodzi tylko o bieganie, ale też o wszechstronny trening: siłowy, kondycyjny i techniczny, który pozwoli Ci bezpiecznie i skutecznie pokonać wszystkie przeszkody.Równie ważne jest nastawienie psychiczne – wiara w siebie i przekonanie, że nawet w kryzysie dasz radę. A najlepiej, jeśli przygotowujesz się w dobrym towarzystwie, z kimś, kto wie, jak wygląda Runmageddon od środka, potrafi dobrać trening do Twoich możliwości i będzie wspierał Cię na każdym etapie drogi – zarówno na sali treningowej, jak i na trasie biegu. 📩 Dołącz do moich treningów i przygotuj się na kolejny Runmageddon tak, by ukończyć go z uśmiechem, w dobrym stylu i z poczuciem, że dałeś z siebie wszystko! podobne ARTYKUŁY: https://jakubkruczek.pl/runmageddon-wroclaw-dlugoleka-moje-dwa-dni-w-blocie-ogniu-euforii/ https://jakubkruczek.pl/runmageddon-dobczyce-2025-moj-debiut-na-trasie-w-kategorii-elite/ https://jakubkruczek.pl/runmageddon-w-lodzi-z-filipem/ https://jakubkruczek.pl/moj-pierwszy-runmagedon-granice-sa-tylko-w-glowie/ https://jakubkruczek.pl/runmageddon-katowice-wspolny-start-wspolna-walka/

2025-08-12 / 2 komentarze
read more

Runmageddon Katowice – wspólny start, wspólna walka

runmageddon

Runmageddon Katowice – wspólny start, wspólna walka To nie był mój pierwszy Runmageddon. Ale 7–8 czerwca 2025 w Katowicach, na legendarnej Hałdzie Kostuchna, przeszedł do mojej sportowej historii z innego powodu.Bo tym razem najważniejszy nie byłem ja. Zazwyczaj startuję, żeby sprawdzić siebie. Przetestować formę, zmierzyć się z trasą, z pogodą, z samym sobą. Ale tym razem motywacja była zupełnie inna. Nie chodziło o to, co ja zyskam – tylko o to, co mogę dać. Ten start był dla Karola. Dla jego pierwszego razu, pierwszego błota, pierwszego „nie dam rady” i tego momentu, kiedy to „nie dam rady” zamienia się w „kurde, zrobiłem to!”. Ja tylko biegłem obok. Podawałem rękę, kiedy było ciężko. Motywowałem, kiedy w oczach pojawiała się wątpliwość. I obserwowałem – z ogromnym szacunkiem – jak ktoś przechodzi przez własne ograniczenia. I choć fizycznie też się zmęczyłem – to właśnie emocje zostaną ze mną na długo. Na jednej z przeszkód zaliczyłem solidny upadek – to była przeszkoda z przejściem po rurce na równowagę. Było mokro, ślisko i zanim się zorientowałem, już leżałem na ziemi. Twarde lądowanie, uderzenie w biodro – ból towarzyszył mi aż do końca biegu. Z opowieści Karola wiem, że nie wyglądało to najlepiej – mnie martwił się o mnie cały bieg, oraz dnia następnego. I właśnie wtedy Karol pokazał, że to nie tylko ja jestem dla niego wsparciem – ale że działa to w dwie strony. Pytał, czy wszystko w porządku, czy nie potrzebuję pomocy, czy dam radę iść dalej. Ten moment wsparcia od niego był równie cenny, jak pokonanie każdej przeszkody. Jeśli chcesz przeczytać, jak wyglądał mój pierwszy start w Runmageddonie – z zupełnie innej perspektywy, zajrzyj tutaj: https://jakubkruczek.pl/moj-pierwszy-runmagedon-granice-sa-tylko-w-glowie/ Dlaczego ten start był inny? Wystartowałem razem z Karolem – moim podopiecznym i dobrym kumplem. Dla niego był to pierwszy raz na trasie OCR. Dla mnie – ogromna radość i zaszczyt, że mogłem towarzyszyć mu w tym wyjątkowym doświadczeniu. To nie był po prostu wspólny bieg. To było dzielenie emocji, stresu przed startem, śmiechu w błocie, a także momentów ciszy, kiedy wszystko bolało i trzeba było po prostu iść dalej. Karol nie tylko stanął na starcie – on wszedł w ten świat z odwagą, mimo że nie wiedział, co dokładnie go czeka. Nie chodziło o wynik. Nie o rywalizację. Chodziło o wsparcie, obecność i pokazanie, że na trasie nigdy nie jesteś sam, jeśli masz drużynę. Czasem wystarczy, że ktoś biegnie obok – i nagle przeszkody nie wydają się już takie straszne. Dwa dni, dwa dystanse, jedno podejście Zanim jeszcze wystartowaliśmy, namówiłem Karola na wspólny wyjazd do Katowic i udział w dwóch dystansach. Od dawna poczuliśmy fajną koleżeńską więź na treningach, ale z powodu obowiązków po obu stronach ciężko było nam się ustawić na obiad i pogadać poza siłownią. Dlatego wyszedłem z inicjatywą – może zrobimy męski wyjazd? Dwa starty i przy okazji szansa, żeby pogadać, pośmiać się i spędzić czas inaczej niż między seriami ćwiczeń. Postawiłem jednak jeden warunek: biegniemy razem – od startu do mety. Chciałem, żeby wiedział, że nie ma presji wyniku, że nie spowalnia mnie ani nie jest kulą u nogi. Że jesteśmy drużyną i podchodzimy do tego na zasadzie wsparcia, nie rywalizacji. Bo najważniejsze było doświadczenie i to, żeby przeszedł przez to wszystko z poczuciem, że nie jest sam. W sobotę – 6 km: pierwsze błoto, pierwsze przeszkody, pierwszy raz w tej specyficznej atmosferze OCR. W połowie biegu doznałem drobnego urazu, ale kontynuowałem z pełnym zaangażowaniem. Wydawało się, że to nic wielkiego, jednak rano w niedzielę, przed startem 12 km, poczułem już wyraźny dyskomfort w biodrze. Smarowanie maścią niewiele pomogło – każdy ruch, każde wstawanie z łóżka, każdy krok wywoływał grymas bólu. Przemieszczałem się z trudem, ale wiedziałem jedno – nie mogę się poddać. Nie mogłem zawieść siebie i Karola. Ostatnie 4 km biegu to była już czysta walka na charakterze i kuszenie losu… ale dotarłem do końca. W niedzielę – 12 km: poziom wyżej, większy wysiłek, prawdziwy test fizyczny i mentalny. Karol dał z siebie wszystko. Widziałem to z bliska – jak przełamuje momenty zwątpienia, jak idzie dalej, mimo że organizm już mówi „stop”. Były też momenty, kiedy sam z siebie mówił: „tego to pewnie nie zrobię…” – ale za każdym razem, gdy już przeszedł daną przeszkodę albo przebiegł wymagający odcinek, nie mogłem się powstrzymać i z uśmiechem rzucałem: „a miałeś nie zrobić!” – i obaj śmialiśmy się z tego jak dzieciaki. Tak właśnie buduje się pewność siebie – krok po kroku, przeszkoda po przeszkodzie. Emocje, których nie da się zapomnieć Błoto po kolana, przeszkody, zimna woda, lina, czołganie, deszcz. I to wszystko w duecie – ramię w ramię, z pełnym zaangażowaniem i wzajemnym wsparciem. Na trasie byliśmy dla siebie nawzajem – nie tylko w roli partnerów, ale i ludzi, którzy wiedzą, że czasem jeden gest czy spojrzenie może dać więcej niż wszystkie treningi razem wzięte. Najważniejsze? Spojrzenie Karola na mecie.Mieszanka ulgi, euforii, niedowierzania – ale przede wszystkim: satysfakcji i dumy. Zrobiliśmy to razem. Pokonaliśmy nie tylko trasę, ale i własne słabości, kontuzje, chwile zwątpienia.Tego się nie da wytrenować. To się po prostu przeżywa. I zostaje w głowie na długo. Tym bardziej, że Karol realnie zmienił swoje życie – zaczął trenować jeszcze bardziej świadomie, z większym naciskiem na siłę, sprawność i regularność. Widać było, że to doświadczenie dodało mu nowej motywacji i utwierdziło w przekonaniu, że jest na właściwej drodze. Z perspektywy trenera To patrzenie, jak człowiek przekracza swoje granice, których wcześniej nawet nie dostrzegał.To bycie obok, kiedy jest najtrudniej – i widzenie efektu całej wspólnej pracy w jednym uśmiechu po finiszu. Karol trenuje pod moimi skrzydłami od 4 miesięcy. Od samego początku wyróżniał się podejściem – pełne zaangażowanie, skupienie na technice, sumienność w realizacji planów treningowych. Na każdych zajęciach daje z siebie 100% – jest pracowity, punktualny i naprawdę przykłada się do każdego detalu. Widać, że traktuje treningi nie tylko jako obowiązek, ale jako środek do rozwoju – i to robi różnicę. Ten wspólny start to był dla mnie dowód, że konsekwencja i systematyczność naprawdę robią różnicę. Karol – wielki szacun. To był mocny debiut i mam przeczucie, że

2025-06-16 / 4 komentarze
read more

Mój pierwszy Runmageddon – granice są tylko w głowie

runmageddon

Mój pierwszy Runmageddon – granice są tylko w głowie „To nie dla mnie.” Te zdanie powtarzałem sobie przez kilka miesięcy. A potem… po prostu się zapisałem. Nie dlatego, że miałem plan. Nie dlatego, że od zawsze marzyłem o błocie w butach i linach nad głową. Po prostu przyszedł moment, kiedy poczułem, że czas przestać gadać i zacząć działać. Ostateczny impuls? Seba – mój trener – rzucił to jednym zdaniem podczas treningu: „Zapisz się, sprawdzisz się – Co Ci szkodzi?”. W sumie miał rację. Co miałem do stracenia?  Z ciekawości. Z przekory. Ale przede wszystkim – z potrzeby udowodnienia sobie, że stać mnie na więcej, niż pokazują moje codzienne treningi. Że gdzieś pod warstwą rutyny i przewidywalności jest głód wyzwania. I właśnie Runmageddon miał być odpowiedzią na moje pytanie. Nie był to impuls pod wpływem adrenaliny czy filmu motywacyjnego z YouTube. Po starcie w HYROX Katowice i HYROX Warszawa miałem już w sobie ogień – wiedziałem, że chcę więcej. Ale nie więcej tej samej formy rywalizacji. Szukałem czegoś innego. Czegoś, co wymyka się schematom, co łączy dzikość natury z wysiłkiem fizycznym, co przetestuje nie tylko mięśnie, ale i charakter. Bo o ile HYROX to kontrolowany bój na hali, to Runmageddon obiecywał błoto, zimno, przeszkody i ciszę w głowie, którą przerywa jedynie Twój własny oddech i decyzja, czy iść dalej. I właśnie to mnie przyciągnęło. Runmageddon pojawił się najpierw jako żart w rozmowie z Seba. Ale ten żart nie chciał wyjść z głowy. Z czasem przestałem się śmiać – zacząłem sprawdzać terminy, dystanse, opinie. I im więcej o tym czytałem, tym bardziej czułem ukłucie ekscytacji pomieszanej z lękiem. A to był dobry znak. Bo to właśnie te rzeczy, które nas lekko przerażają, mają największy potencjał, by nas rozwinąć. Dlaczego Runmageddon? Nie chodziło o wynik. Chciałem sprawdzić charakter i ogólnie zrozumieć fenomen tych zawodów.  Treningi to jedno – systematyczność, dyscyplina, praca u podstaw. Ale w pewnym momencie zaczynasz czuć, że samo trenowanie już nie wystarcza. Że potrzebujesz czegoś więcej niż cztery ściany siłowni czy znajomy rytm dnia. Chcesz to, co wytrenowałeś, sprawdzić w akcji, zmierzyć się z realnym wyzwaniem, poczuć presję, adrenalinkę, brud pod paznokciami. Runmageddon był właśnie tym kolejnym krokiem. Nie chodziło o to, żeby udowadniać coś komuś. Chciałem po prostu wynieść to, co wypracowałem na treningach – poza salę. Zderzyć się z nieprzewidywalnym. Pokazać sobie, że forma to nie tylko cyferki na sztandze, ale też odwaga, upór i głowa. Bo to nie tylko przeszkody. To emocje. Presja. Błoto w uszach. Chwila, w której serio zastanawiasz się, czy to już koniec. I ta druga – kiedy orientujesz się, że właśnie pokonałeś coś, co wydawało się nie do przejścia. Jak się przygotowywałem do Runmageddonowego wyzwania? Nie przygotowywałem się „pod Runmageddon” w klasycznym stylu, ale moje treningi od dawna były solidną bazą: siłownia, cardio, podbiegi, cross, taniec – to mój chleb powszedni. Trenuję różnorodnie, świadomie, z naciskiem na ogólną sprawność, więc nie musiałem wywracać wszystkiego do góry nogami. Ale kiedy zapadła decyzja o starcie, dołożyłem konkrety: więcej pracy na drążku, podciągania, ćwiczeń na chwyt i obręcz barkową. Bo wiedziałem, że na trasie właśnie to może zaważyć – nie ciężar w martwym ciągu, tylko to, czy zdołasz utrzymać się na mokrej linie po kilometrze błota i zimnej wody. Nie robiłem testów przeszkód, ale byłem przygotowany – i fizycznie, i mentalnie. Nie celowałem w rekord. Celowałem w dobiegnięcie z satysfakcją i uśmiechem, nawet jeśli z zakwasami na dokładkę. Z perspektywy trenera mogę powiedzieć jedno: nie musisz być zawodowcem, żeby wystartować. Wystarczy, że: masz sprawność ogólną – siłę, wytrzymałość, mobilność, masz głowę, która nie panikuje przy pierwszym błocie, i masz dystans do siebie – bo ślizgając się na przeszkodzie, warto umieć się z tego śmiać, a nie załamywać. Dzień startu – emocje, których się nie zapomina Na miejscu – Warszawa, Suntago, 2025 – i od pierwszych chwil wiedziałem, że to będzie coś wielkiego. Ponad 8 tysięcy startujących, rekord frekwencji. Głośna muzyka, gęsty dym, adrenalina w powietrzu i niesamowita atmosfera, której nie da się opisać zdjęciem. Ale jedno wiem na pewno – nie byłbym tam w takim stanie ducha, gdyby nie Asia – moja narzeczona. Była przy mnie na każdym kroku. Dosłownie. Od momentu, gdy zapinaliśmy chipy, przez każde słowo wsparcia na starcie, aż po metę, gdzie zmęczenie mieszało się z euforią. Robiła zdjęcia, kręciła filmiki, dopingowała mnie z całych sił – a potem, gdy byłem przemoczony do suchej nitki i cały w błocie, pomagała mi się przebrać, ogarnąć, po prostu – zadbać o wszystko. Ale to nie tylko logistyka. To emocjonalna obecność. Jej spojrzenie na starcie dodało mi więcej siły niż cały przedstartowy izotonik. Jej głos pośród tłumu, kiedy krzyczała „Dajesz!” – trafiał w punkt. Na mecie – kiedy mnie przytuliła – wiedziałem, że jestem we właściwym miejscu i robię dokładnie to, co powinienem. Ten Runmageddon był dla mnie podwójnie wyjątkowy – bo wystartowałem nie raz, ale dwa razy. W sobotę 6 km, w niedzielę 12 km. Dwa różne dystanse, dwa inne tempa, ale jedna wspólna emocja: pełne zanurzenie w wyzwanie. Błoto, ściany, woda, lina, czołganie, bieg… a potem wszystko od nowa. Ale to właśnie w tym jest magia – nie w czasie, nie w wyniku, ale w decyzji, by znów ruszyć do przodu, mimo że ciało już swoje dostało dzień wcześniej. Asia była tam cały czas. Czuwała, dokumentowała, wspierała. I choć nie wbiegła ze mną na trasę, to była obecna w mojej głowie przez każdy kilometr. Bez niej ten start nie miałby tej samej mocy. Kiedy było najciężej? Moment, który zapamiętam na zawsze: przeszkoda wodna, lina i lodowaty wiatr. Ręce sztywne, palców praktycznie nie czuję. Ramiona odmawiają posłuszeństwa, ciało buntuje się przeciwko kolejnemu wysiłkowi. A głowa? Głowa zaczyna podsuwać myśli, których nie chcesz słyszeć: „Możesz odpuścić. Przecież już wystartowałeś. Wczoraj zrobiłeś swoje. Nie musisz kończyć.” Bo o ile sobotni bieg – 6 km – poszedł mi naprawdę dobrze i tylko jedna przeszkoda mnie pokonała, to w niedzielę, na trasie 12 km, czułem każdą minutę z dnia poprzedniego. Ciało było już „naruszone”, oddech płytki, a uda paliły od samego początku. Każdy kolejny kilometr wbijał się głębiej – nie

2025-06-12 / 9 komentarzy
read more

Menu

Strona główna

O mnie

Kruczek Team

Alfabet Kruczek

Blog

Najczęstsze pytania przed treningiem

Kontakt

Trening personalny

Cennik

Rodaje treningów

Trening indywidualny

Trening dla par

Trening dla grup

Trening dla młodzieży

Trening dla seniorów

Taniec

Taniec towarzyski

Salsa

Rueda de Casino

Taniec klasyczny

Pierwszy taniec

Dane kontaktowe

  • +48 500 147 049
  • kuba.kruczek@gmail.com
Facebook Instagram Facebook-messenger Whatsapp Mail-bulk Phone-alt


Polityka prywatności | Wdrożenie | Pozycjonowanie wizytówki Google