Zimowy Runmageddon – ból i walka w błocie na hałdzie Sośnica

Zimowy Runmageddon Gliwice – hałda, tłumy i pierwsze wrażenia

Wyjazd zaczęliśmy w piątek. W składzie: Sebastian, Kinga i ja. Kierunek – Gliwice. Im bliżej byliśmy hałdy, tym mocniej czuć było klimat startu. Zimowy Runmageddon to nie jest zwykły bieg. To weekend, który wyciąga z człowieka wszystko.

Dodatkowo Kinga nie czuła się najlepiej – była przeziębiona, osłabiona i było widać, że organizm walczy. Mimo to zdecydowała się jechać z nami i spróbować stanąć na starcie. Tym bardziej chciałem dowieźć ten weekend mocno – nie tylko dla siebie, ale też dla naszej ekipy.

Zanim zameldowaliśmy się w hotelu, była szybka pizza – klasyczny rytuał przedstartowy. Trochę śmiechu, trochę analizy tego, co nas czeka. Wiedzieliśmy, że hałda nie wybacza, a zimowy teren oznacza jedno – błoto będzie wszędzie.

Po dojechaniu do noclegu rozpakowaliśmy się, przygotowaliśmy ubrania startowe, buty, opaski, żele. Każdy wiedział, że sobota i niedziela to będzie konkretne wyzwanie. Sen przyszedł szybko.

Chwila przed startem zimowy runmageddon – co miałem w głowie

W głowie miałem jasny plan – dwa biegi jednego dnia i zero przypadkowości. Najpierw Runmageddon Classic 12 km, czyli solidna dawka podbiegów, błota i przeszkód siłowych. Potem około 11:30 Rekrut 6 km – krótszy dystans, ale wyższe tempo i mniejszy margines błędu. Wiedziałem, że kluczowe będzie rozsądne rozłożenie sił. Nie mogłem „przepalić się” na pierwszym starcie, bo dzień dopiero się zaczynał. Strategia była prosta: kontrola tempa, skupienie na technice na przeszkodach i minimalizowanie strat energii tam, gdzie to możliwe.

Z tyłu głowy cały czas miałem też niedzielny Hardcore. Ten weekend to nie był jeden start, tylko cała seria prób. Dlatego już od rana myślałem długofalowo – nawadnianie, jedzenie, regeneracja między biegami. Każda decyzja miała znaczenie.

Na miejscu czuć było energię jeszcze przed wejściem do strefy startowej. Tłumy zawodników w kominiarkach, czapkach, owinięci w folię NRC po wcześniejszych falach. Kibice przy barierkach, aparaty w dłoniach, okrzyki wsparcia. Muzyka niosła się po hałdzie, a spiker budował napięcie z każdą minutą do startu.

Zimowy Runmageddon w Gliwicach to wydarzenie, które naprawdę przyciąga ludzi – i tych, którzy walczą na trasie, i tych, którzy przychodzą zobaczyć zmagania w błocie. W powietrzu czuć było mieszankę ekscytacji i respektu. Każdy wiedział, że hałda Sośnica potrafi zweryfikować formę szybciej niż jakakolwiek przeszkoda. Jedni żartowali, inni stali w ciszy, skupieni. Ja czułem mobilizację – ten moment tuż przed startem, kiedy ciało jest gotowe, a głowa jeszcze raz analizuje wszystko, co za chwilę się wydarzy.

Hałda w Gliwice czyli klasyczny dystans Classic 12 km

Classic 12 km od początku dawał w kość. Już pierwsze podbiegi ustawiły tempo i pokazały, że to nie będzie spokojne wejście w weekend. Hałda Sośnica to nie jest płaski teren, na którym można złapać rytm i biec jednostajnie. Tu co chwilę zmienia się nachylenie, podłoże, kąt ustawienia stopy. Podbiegi paliły łydki i czwórki, tętno szybko szło w górę. Zbiegi z kolei wymagały pełnej koncentracji – jeden niekontrolowany krok i można było stracić równowagę.

Zimą dochodzi kolejny czynnik. Podłoże jest śliskie, nierówne, miejscami zmarznięte, a miejscami rozjechane w ciężkie, lepkie błoto. Każdy krok wciągał but głębiej, a po kilku kilometrach miałem wrażenie, że niosę dodatkowe kilogramy na nogach. Buty nasiąknięte wodą i błotem ważyły zdecydowanie więcej niż na starcie, a to odbijało się na dynamice.

Przeszkoda za przeszkodą – jak wygląda walka w błocie

Przerwy miałem raptem około 30 minut. To niewiele, biorąc pod uwagę, że dopiero co zszedłem z 12 kilometrów w błocie. W tym czasie musiałem zrobić wszystko: uspokoić oddech, uzupełnić płyny, coś lekkiego przegryźć i przede wszystkim nie dopuścić do wychłodzenia organizmu. Wypiłem gorącą herbatę, która momentalnie postawiła mnie trochę na nogi. Zdjąłem mokre elementy garderoby, spróbowałem się rozgrzać, poruszać stawami, żeby ciało nie „zastygło” po wysiłku.

To była też chwila na szybkie przełączenie głowy. Classic to bieg bardziej wytrzymałościowy – swoje trzeba odpracować na dystansie. Rekrut 6 km to zupełnie inna dynamika. Krócej, szybciej, intensywniej. Wiedziałem, że tempo będzie wyższe, a błędy bardziej kosztowne. Musiałem przestawić się mentalnie z trybu „kontrola i ekonomia” na tryb „agresja i zdecydowanie”.

Najtrudniejsza przeszkoda Zimowy Runmageddon

Najtrudniejszą przeszkodą nie była lina ani ściana. Najbardziej wymagające okazało się potrójne combo – sekwencja trzech elementów pod rząd, która wyciągała siłę z ramion i głowy. Tam naprawdę widać było, kto zachował koncentrację, a komu zabrakło energii. Mnóstwo ludzi właśnie w tym miejscu oddawało opaskę. Zmęczenie po wcześniejszych przeszkodach robiło swoje, chwyt puszczał, a presja tylko rosła.

Dopiero później hałda zaczęła zbierać swoje żniwo. Na zbiegach kilka razy krzywo stanąłem. Poczułem wyraźny sygnał z lewej kostki. Na początku adrenalina przykryła ból, ale po biegu było już jasne – kostka spuchła.

Posmarowałem ją Voltarenem, lekko schłodziłem i zacząłem kalkulować. W niedzielę czekał Hardcore – 21 km i około 70 przeszkód. Nie było miejsca na panikę. Trzeba było działać rozsądnie.

Błoto, zimowy klimat i reakcje tłumy

Po sobotnich startach poszliśmy coś zjeść, uzupełnić kalorie i odpocząć. Regeneracja była kluczowa. Ograniczyłem chodzenie do minimum, nogę trzymałem w miarę możliwości w spokoju.

Mimo bólu atmosfera była niesamowita. Tłumy kibiców przy najtrudniejszych przeszkodach, okrzyki wsparcia, zawodnicy pomagający sobie w błocie. W takich momentach czuć, że Runmageddon to coś więcej niż rywalizacja.

Meta zimowy runmageddon – co warto zobaczyć

Niedziela. Pobudka około 6:00. Kostka nadal dawała o sobie znać, ale była stabilna. Wiedziałem, że 21 km Hardcore nie wybacza błędów. Trzeba było biec mądrze.

Start był spokojniejszy niż dzień wcześniej. Skupienie, kontrola tempa, ostrożność na zbiegach. 70 przeszkód oznaczało ciągłą pracę – chwyt, nogi, core, głowa. Każdy kilometr na hałdzie był testem wytrzymałości.

Zmęczenie rosło, ale razem z nim rosła determinacja. Wiedziałem, że jeśli dowiozę ten bieg do mety, ten weekend będzie miał zupełnie inny wymiar.

Meta oczami zawodnik – ostatni komentarz

Ostatnie metry Hardcore zapamiętam na długo. To jest moment, w którym ciało jest już na granicy, ale głowa zaczyna przejmować kontrolę. Słyszysz spikera z oddali, najpierw niewyraźnie, potem coraz głośniej. Widzisz bramę mety, światła, ludzi przy barierkach. Czujesz ciężar trzech biegów w nogach – każdy podbieg, każde lądowanie na zbiegach, każdą przeszkodę, która kosztowała trochę siły.

Na tym etapie nie biegniesz już „na świeżości”. Biegniesz na determinacji. Każdy krok jest świadomy. Każde odbicie stopy przypomina, że kostka wcześniej dała sygnał ostrzegawczy. Ale jednocześnie czujesz, że dowozisz coś większego niż pojedynczy bieg. Wbiegając na metę wiedziałem jedno – zrobiłem wszystko, co było do zrobienia. Nie zostawiłem nic w zapasie.

Classic 12 km.
Rekrut 6 km.
Hardcore 21 km.

Trzy formuły. Jeden weekend. Jedna hałda, która sprawdziła mnie na każdym poziomie.

Po ukończeniu ostatniego biegu otrzymałem statuetkę Zimowego Weterana – nagrodę za trzy dystanse podczas jednego wydarzenia. Trzymając ją w ręku, wiedziałem, że to nie jest tylko metal czy pamiątka do zdjęcia. To podsumowanie godzin treningów, decyzji o starcie mimo ryzyka, walki z bólem i zmęczeniem.

To był dowód, że nawet gdy ciało wysyła sygnały, gdy błoto wciąga, a hałda odbiera oddech – można doprowadzić plan do końca. I właśnie za to cenię takie weekendy najbardziej.