Ostatnie metry Hardcore zapamiętam na długo. To jest moment, w którym ciało jest już na granicy, ale głowa zaczyna przejmować kontrolę. Słyszysz spikera z oddali, najpierw niewyraźnie, potem coraz głośniej. Widzisz bramę mety, światła, ludzi przy barierkach. Czujesz ciężar trzech biegów w nogach – każdy podbieg, każde lądowanie na zbiegach, każdą przeszkodę, która kosztowała trochę siły.
Na tym etapie nie biegniesz już „na świeżości”. Biegniesz na determinacji. Każdy krok jest świadomy. Każde odbicie stopy przypomina, że kostka wcześniej dała sygnał ostrzegawczy. Ale jednocześnie czujesz, że dowozisz coś większego niż pojedynczy bieg. Wbiegając na metę wiedziałem jedno – zrobiłem wszystko, co było do zrobienia. Nie zostawiłem nic w zapasie.
Classic 12 km.
Rekrut 6 km.
Hardcore 21 km.
Trzy formuły. Jeden weekend. Jedna hałda, która sprawdziła mnie na każdym poziomie.
Po ukończeniu ostatniego biegu otrzymałem statuetkę Zimowego Weterana – nagrodę za trzy dystanse podczas jednego wydarzenia. Trzymając ją w ręku, wiedziałem, że to nie jest tylko metal czy pamiątka do zdjęcia. To podsumowanie godzin treningów, decyzji o starcie mimo ryzyka, walki z bólem i zmęczeniem.
To był dowód, że nawet gdy ciało wysyła sygnały, gdy błoto wciąga, a hałda odbiera oddech – można doprowadzić plan do końca. I właśnie za to cenię takie weekendy najbardziej.
