Runmageddon Katowice – wspólny start, wspólna walka

To nie był mój pierwszy Runmageddon. Ale 7–8 czerwca 2025 w Katowicach, na legendarnej Hałdzie Kostuchna, przeszedł do mojej sportowej historii z innego powodu.
Bo tym razem najważniejszy nie byłem ja.

Zazwyczaj startuję, żeby sprawdzić siebie. Przetestować formę, zmierzyć się z trasą, z pogodą, z samym sobą. Ale tym razem motywacja była zupełnie inna. Nie chodziło o to, co ja zyskam – tylko o to, co mogę dać.

Ten start był dla Karola. Dla jego pierwszego razu, pierwszego błota, pierwszego „nie dam rady” i tego momentu, kiedy to „nie dam rady” zamienia się w „kurde, zrobiłem to!”. Ja tylko biegłem obok. Podawałem rękę, kiedy było ciężko. Motywowałem, kiedy w oczach pojawiała się wątpliwość. I obserwowałem – z ogromnym szacunkiem – jak ktoś przechodzi przez własne ograniczenia.

I choć fizycznie też się zmęczyłem – to właśnie emocje zostaną ze mną na długo. Na jednej z przeszkód zaliczyłem solidny upadek – to była przeszkoda z przejściem po rurce na równowagę. Było mokro, ślisko i zanim się zorientowałem, już leżałem na ziemi. Twarde lądowanie, uderzenie w biodro – ból towarzyszył mi aż do końca biegu. Z opowieści Karola wiem, że nie wyglądało to najlepiej – mnie martwił się o mnie cały bieg, oraz dnia następnego. I właśnie wtedy Karol pokazał, że to nie tylko ja jestem dla niego wsparciem – ale że działa to w dwie strony. Pytał, czy wszystko w porządku, czy nie potrzebuję pomocy, czy dam radę iść dalej. Ten moment wsparcia od niego był równie cenny, jak pokonanie każdej przeszkody.

Jeśli chcesz przeczytać, jak wyglądał mój pierwszy start w Runmageddonie – z zupełnie innej perspektywy, zajrzyj tutaj: https://jakubkruczek.pl/moj-pierwszy-runmagedon-granice-sa-tylko-w-glowie/

Dlaczego ten start był inny?

Wystartowałem razem z Karolem – moim podopiecznym i dobrym kumplem. Dla niego był to pierwszy raz na trasie OCR. Dla mnie – ogromna radość i zaszczyt, że mogłem towarzyszyć mu w tym wyjątkowym doświadczeniu.

To nie był po prostu wspólny bieg. To było dzielenie emocji, stresu przed startem, śmiechu w błocie, a także momentów ciszy, kiedy wszystko bolało i trzeba było po prostu iść dalej. Karol nie tylko stanął na starcie – on wszedł w ten świat z odwagą, mimo że nie wiedział, co dokładnie go czeka.

Nie chodziło o wynik. Nie o rywalizację. Chodziło o wsparcie, obecność i pokazanie, że na trasie nigdy nie jesteś sam, jeśli masz drużynę. Czasem wystarczy, że ktoś biegnie obok – i nagle przeszkody nie wydają się już takie straszne.

Dwa dni, dwa dystanse, jedno podejście

Zanim jeszcze wystartowaliśmy, namówiłem Karola na wspólny wyjazd do Katowic i udział w dwóch dystansach. Od dawna poczuliśmy fajną koleżeńską więź na treningach, ale z powodu obowiązków po obu stronach ciężko było nam się ustawić na obiad i pogadać poza siłownią. Dlatego wyszedłem z inicjatywą – może zrobimy męski wyjazd? Dwa starty i przy okazji szansa, żeby pogadać, pośmiać się i spędzić czas inaczej niż między seriami ćwiczeń.

Postawiłem jednak jeden warunek: biegniemy razem – od startu do mety. Chciałem, żeby wiedział, że nie ma presji wyniku, że nie spowalnia mnie ani nie jest kulą u nogi. Że jesteśmy drużyną i podchodzimy do tego na zasadzie wsparcia, nie rywalizacji. Bo najważniejsze było doświadczenie i to, żeby przeszedł przez to wszystko z poczuciem, że nie jest sam.

W sobotę – 6 km: pierwsze błoto, pierwsze przeszkody, pierwszy raz w tej specyficznej atmosferze OCR. W połowie biegu doznałem drobnego urazu, ale kontynuowałem z pełnym zaangażowaniem. Wydawało się, że to nic wielkiego, jednak rano w niedzielę, przed startem 12 km, poczułem już wyraźny dyskomfort w biodrze. Smarowanie maścią niewiele pomogło – każdy ruch, każde wstawanie z łóżka, każdy krok wywoływał grymas bólu. Przemieszczałem się z trudem, ale wiedziałem jedno – nie mogę się poddać. Nie mogłem zawieść siebie i Karola. Ostatnie 4 km biegu to była już czysta walka na charakterze i kuszenie losu… ale dotarłem do końca.

W niedzielę – 12 km: poziom wyżej, większy wysiłek, prawdziwy test fizyczny i mentalny.

Karol dał z siebie wszystko. Widziałem to z bliska – jak przełamuje momenty zwątpienia, jak idzie dalej, mimo że organizm już mówi „stop”. Były też momenty, kiedy sam z siebie mówił: „tego to pewnie nie zrobię…” – ale za każdym razem, gdy już przeszedł daną przeszkodę albo przebiegł wymagający odcinek, nie mogłem się powstrzymać i z uśmiechem rzucałem: „a miałeś nie zrobić!” – i obaj śmialiśmy się z tego jak dzieciaki. Tak właśnie buduje się pewność siebie – krok po kroku, przeszkoda po przeszkodzie.

Emocje, których nie da się zapomnieć

Błoto po kolana, przeszkody, zimna woda, lina, czołganie, deszcz. I to wszystko w duecie – ramię w ramię, z pełnym zaangażowaniem i wzajemnym wsparciem. Na trasie byliśmy dla siebie nawzajem – nie tylko w roli partnerów, ale i ludzi, którzy wiedzą, że czasem jeden gest czy spojrzenie może dać więcej niż wszystkie treningi razem wzięte.

Najważniejsze? Spojrzenie Karola na mecie.
Mieszanka ulgi, euforii, niedowierzania – ale przede wszystkim: satysfakcji i dumy. Zrobiliśmy to razem. Pokonaliśmy nie tylko trasę, ale i własne słabości, kontuzje, chwile zwątpienia.
Tego się nie da wytrenować. To się po prostu przeżywa. I zostaje w głowie na długo. Tym bardziej, że Karol realnie zmienił swoje życie – zaczął trenować jeszcze bardziej świadomie, z większym naciskiem na siłę, sprawność i regularność. Widać było, że to doświadczenie dodało mu nowej motywacji i utwierdziło w przekonaniu, że jest na właściwej drodze.

Z perspektywy trenera

To patrzenie, jak człowiek przekracza swoje granice, których wcześniej nawet nie dostrzegał.
To bycie obok, kiedy jest najtrudniej – i widzenie efektu całej wspólnej pracy w jednym uśmiechu po finiszu.

Karol trenuje pod moimi skrzydłami od 4 miesięcy. Od samego początku wyróżniał się podejściem – pełne zaangażowanie, skupienie na technice, sumienność w realizacji planów treningowych. Na każdych zajęciach daje z siebie 100% – jest pracowity, punktualny i naprawdę przykłada się do każdego detalu. Widać, że traktuje treningi nie tylko jako obowiązek, ale jako środek do rozwoju – i to robi różnicę. Ten wspólny start to był dla mnie dowód, że konsekwencja i systematyczność naprawdę robią różnicę.

Karol – wielki szacun. To był mocny debiut i mam przeczucie, że jeszcze nie raz zobaczymy się na trasie.