
Spis treści
ToggleW dniach 20–21 września odbył się Runmageddon w Dobczycach, w malowniczych okolicach Krakowa. To wydarzenie od dawna miałem wpisane w kalendarz, ale tym razem było ono wyjątkowe – stanąłem na starcie w kategorii Elite, co oznaczało mój debiut na najwyższym poziomie zmagań. Był to krok, na który długo się przygotowywałem, zarówno fizycznie, jak i mentalnie, wiedząc, że rywalizacja w tej kategorii nie wybacza błędów. Świadomość, że czeka mnie zupełnie nowe doświadczenie, dodawała ekscytacji, ale i budziła respekt przed trasą oraz przeszkodami.
Podróż z Sebą minęła bez żadnych niespodzianek – zero stresu, pełen luz i pozytywne nastawienie. Wyszedł z tego typowo męski, sportowy wyjazd – po drodze stawaliśmy, żeby rozruszać kości, coś zjeść i na spokojnie złapać oddech. Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie – raz słońce, raz chmury – ale na luzie dojechaliśmy w dobrym czasie, nie spiesząc się i nie łapiąc niepotrzebnej presji. Na miejscu czekał na nas bardzo przytulny domek, idealny żeby odpocząć przed wyzwaniem. Do tego pogoda jak marzenie – cały weekend zapowiadano 27–28 stopni i pełne słońce. Wszystko wyglądało perfekcyjnie, aż trudno było uwierzyć, że nazajutrz czeka mnie tak trudny dzień.
Sam start był dla mnie ogromnym wydarzeniem. Stanąć obok najlepszych, poczuć atmosferę, zmierzyć się z trasą i przeszkodami na najwyższym poziomie – to było coś, co długo chodziło mi po głowie. Adrenalina buzowała we krwi, a serce biło szybciej niż zwykle, bo wiedziałem, że każdy błąd może kosztować utratę opaski. Czułem ekscytację, ale też respekt – to nie był już tylko bieg dla zabawy, lecz prawdziwa sportowa rywalizacja.
Bieg zaczął się dobrze, adrenalina niosła mnie przez pierwsze przeszkody. Ale im dalej, tym bardziej czułem, że każdy element trasy jest walką nie tylko z ciałem, ale i z głową. Z każdym kilometrem ramiona stawały się cięższe, a chwyt słabszy, ale głowa wciąż powtarzała: walcz dalej. W końcu nadszedł moment, którego najbardziej się obawiałem – przeszkoda Jumanji. Serce waliło jak młot, ręce ślizgały się od potu, a mimo determinacji i wysiłku musiałem się poddać. Oddałem opaskę. Symbol Elite został na przeszkodzie, a razem z nim kawałek mojej motywacji i energii. Czułem, jakby ktoś wyciągnął mi powietrze z płuc – świadomość, że ten dzień już nie będzie taki, jak go sobie wyobrażałem, uderzyła najmocniej.
Udało mi się ukończyć cały bieg, ale nie było w tym radości. Byłem zły na siebie, rozczarowany i sfrustrowany.Zamiast dumy czułem ciężar porażki, a satysfakcja, która zwykle towarzyszy na mecie, tym razem nie przyszła. Pamiątkowy medal wisiał na szyi, ale nie miał żadnego znaczenia – był tylko kawałkiem metalu, który przypominał mi o straconej szansie. Usiadłem na słońcu, dopiłem swoje bezalkoholowe piwo i patrzyłem w dal, jakbym szukał odpowiedzi na pytanie „co dalej?”. To był moment frustracji, pustki i walki z samym sobą.
Potem jednak przyszła regeneracja – poszliśmy coś zjeść, była krótka drzemka, nawodnienie, jedzenie i relaks. Ciało zaczęło wracać do równowagi, a wraz z nim powoli uspokajała się głowa. Każdy łyk wody i każdy kęs jedzenia były jak małe kroki w stronę odzyskania energii. Z minuty na minutę czułem, że frustracja powoli ustępuje miejsca refleksji, a ciężar w sercu zaczyna robić się lżejszy. Powoli zaczynałem się podnosić.
Choć początkowo planowałem wrócić do domu i odpuścić, finalnie odebrałem pakiet startowy na niedzielę. To nie była łatwa decyzja – w głowie wciąż siedziała porażka z dnia poprzedniego i niechęć, żeby znów stanąć na starcie. A jednak coś we mnie powiedziało: nie kończ tego weekendu w taki sposób. Mimo oporu postanowiłem, że dam sobie drugą szansę. Tym razem nie w Elite, a w OPEN – by poćwiczyć przeszkody, sprawdzić się bez presji i pobiec mocno tam, gdzie będzie to możliwe. To miała być okazja, by zamiast uciekać, spojrzeć wyzwaniu w oczy i udowodnić sobie, że potrafię podnieść się po upadku.
Drugi dzień wyglądał zupełnie inaczej. Już od rana czułem, że coś się we mnie odblokowało – głowa była spokojniejsza, ciało lżejsze, a stres zniknął. Start w OPEN sprawił, że zniknęła presja wyniku i opaski, a pojawiła się czysta radość biegu. Od samego początku nogi niosły mnie szybciej, a oddech był równy i mocny.
Na trasie czułem różnicę – w ok. 2 godziny pokonałem 12 kilometrów, co było wyraźnie lepszym wynikiem niż dzień wcześniej. Biegło się swobodnie, płynnie, jakby organizm dopiero teraz złapał właściwy rytm. Każdy podbieg i każde błotniste zejście dawały satysfakcję, zamiast odbierać siły.
Przeszkody również wychodziły znacznie lepiej. Pewność ruchu, mocniejszy chwyt i spokojna głowa sprawiały, że pokonywałem je z większą łatwością. To było uczucie, jakbym dopiero w niedzielę wszedł w odpowiednią formę – jakby cały sobotni stres, przygotowania i emocje były tylko wstępem do tego, żeby naprawdę pokazać, co potrafię.
Czułem, że właśnie tego dnia jestem w optymalnej dyspozycji – takiej, na jaką liczyłem w sobotę. Paradoksalnie, dopiero kiedy odpuściłem presję i wystartowałem w bardziej luźnej formule, odkryłem w sobie świeżą energię. Forma przyszła w niedzielę, a nie w sobotę, do której docelowo się szykowałem. Ten bieg pozwolił mi zakończyć weekend z podniesioną głową. Był dowodem na to, że porażka nie definiuje całości, a czasami prawdziwe zwycięstwo kryje się w tym, by podnieść się i stanąć do walki jeszcze raz – nawet jeśli w innej kategorii.
Ten weekend w Dobczycach pokazał mi, jak wymagający potrafi być sport i jak cienka jest granica między euforią a rozczarowaniem. Sobota była dla mnie lekcją pokory – stratą opaski, zmęczeniem i momentem, w którym głowa chciała odpuścić. Niedziela natomiast udowodniła, że nawet po porażce można się podnieść i odnaleźć siłę do dalszej walki.
Zrozumiałem, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem, a czasem najlepsza forma przychodzi wtedy, kiedy najmniej się jej spodziewamy. Ważne, by nie zamykać się na jedno niepowodzenie, tylko dać sobie drugą szansę. Bo w sporcie – tak samo jak w życiu – warto walczyć do końca, nawet jeśli droga prowadzi przez upadki i trudne chwile.
podobne ARTYKUŁY:
https://jakubkruczek.pl/runmageddon-wroclaw-dlugoleka-moje-dwa-dni-w-blocie-ogniu-euforii/
https://jakubkruczek.pl/moj-pierwszy-runmagedon-granice-sa-tylko-w-glowie/
https://jakubkruczek.pl/runmageddon-katowice-wspolny-start-wspolna-walka/
https://jakubkruczek.pl/runmageddon-w-lodzi-z-filipem/
https://jakubkruczek.pl/jak-wspolnie-pokonalismy-pierwszy-runmagedon-lublin/

Polityka prywatności | Wdrożenie | Pozycjonowanie wizytówki Google