Bieg przeszkodowy, czyli debiutancki sezon Runmageddon 2025

Ten sezon to był rollercoaster: debiut w świecie OCR, starty z podopiecznymi i bliskimi, pierwsze podejście do Elite, a na koniec Hardcore 21 km na finale we Wrocławiu–Długołęce. Poniżej pełne podsumowanie – z datami, miastami, formułami i najważniejszymi wnioskami treningowymi.

Liczby debiutanckiego sezonu w Runmageddonie 

Łącznie startów w sezonie: 12 (od warszawskiego debiutu po finał we Wrocławiu–Długołęce). 

Miasta/lokalizacje z relacji: Warszawa (Suntago), Katowice (Hałda Kostuchna), Lublin, Łódź (Błonia Łódzkie), Dobczyce (k. Krakowa), Wrocław–Długołęka. j

Formuły/dystanse (potwierdzone w relacjach): 6 km, 12 km, Elite (debiut w Dobczycach), Hardcore 21 km(Długołęka, dzień 2). 

Moje udziały w Runmageddonie, czyli biegi z przeszkodami w poszczególnych miastach

Warszawa (Suntago) — debiut i od razu podwójne uderzenie w biegu przeszkodowym

Mój pierwszy Runmageddon w życiu to było wejście na głęboką wodę. Zamiast spróbować raz i spokojnie ocenić, czy to w ogóle sport dla mnie, od razu zapisałem się na dwa starty w jeden weekend. W sobotę wystartowałem na dystansie 6 km, a w niedzielę dorzuciłem 12 km.

Warszawa przywitała mnie ogromnym wydarzeniem — tysiące uczestników, głośna muzyka, adrenalina unosząca się w powietrzu i to uczucie, że zaraz przekroczę symboliczną granicę. Pierwsze przeszkody to jeszcze zabawa i ekscytacja, ale im dalej, tym bardziej liczyła się odporność i koncentracja. Błoto, liny, ściany, czołganie się pod zasiekami — wszystko to, o czym wcześniej tylko czytałem, nagle stało się rzeczywistością.

Najbardziej zapamiętałem jednak energię tłumu i wspólnoty — każdy pomaga każdemu, nie ma anonimowości, nawet jeśli startujesz solo. Warszawa była dla mnie punktem zapalnym całego OCR-owego sezonu. To właśnie tam wciągnąłem się na dobre w błotnisty świat Runmageddonu.

Katowice — 7–8 czerwca, „wspólny start, wspólna walka” czyli jak zmierzyć się z trasa u boku debiutanta

Kolejny duży krok zrobiłem w Katowicach na hałdzie Kostuchna. To miejsce samo w sobie robiło wrażenie — kopalniany krajobraz, ostre podbiegi, śliska ziemia i kurz, który w połączeniu z przeszkodami tworzył prawdziwy poligon doświadczalny.

W sobotę pokonaliśmy trasę 6 km, a w niedzielę 12 km. Tym razem nie byłem tam po to, by „udowadniać coś sobie”. Najważniejsze było bycie obok podopiecznego — Karola, który debiutował w OCR. Dla mnie to była praktyka trenerska w czystej postaci: od motywacji i wsparcia na przeszkodach, po kontrolę tempa, żeby zbyt szybko nie spalić sił.

Nie zapomnę momentu, kiedy zmagał się z wysoką ścianą. Podpowiedzi, doping, ręka do pomocy i… udało się. To była największa wygrana dnia. Te dwa dni pokazały mi, że Runmageddon to nie tylko wynik na mecie — to budowanie charakteru i odkrywanie nowych granic razem z innymi.

Lublin — podopieczni, drużyna i… drugi bieg po 2 godzinach

Runmageddon w Lublinie był szczególny, bo to był pierwszy taki event w moim mieście. Atmosfera święta, setki zawodników, błoto pod zamkiem — i ten dreszczyk emocji, że startuję u siebie.

Najpierw pobiegłem z drużyną moich podopiecznych. Dla wielu był to absolutny debiut, więc skupiałem się na tym, żeby nikt nie poczuł się pozostawiony sam sobie. Tu nie chodziło o czas, ale o wsparcie i wspólną satysfakcję na mecie.

Po niespełna dwóch godzinach znów stanąłem na linii startu — tym razem z młodszym bratem w kategorii U16. To był bieg zupełnie inny — pełen radości, rodzinnego klimatu i dumy, że mogę mu towarzyszyć w jego pierwszym starciu z OCR.

A żeby tego było mało, drugiego dnia w niedzielę wystartowałem jeszcze raz — tym razem w formule Classic 12 km, razem z Jolantą. To była kolejna okazja, by sprawdzić siły na dłuższym dystansie, a jednocześnie pobiec ramię w ramię i dzielić się doświadczeniem.

Było zmęczenie, były obtarcia, ale satysfakcja była potrójna. Lublin pokazał mi, jak ważne jest łączenie sportu z pasją, rodziną i wspólnym przeżywaniem każdej chwili na trasie.

Łódź — 23 sierpnia, bieg z Filipem w formule Rekrut w biegu Runmageddon

Łódzkie Błonia w sierpniu okazały się wymagającą areną. Startowałem w duecie z kolejnym podopiecznym — Filipem. Dla niego był to dopiero drugi Runmageddon, ale już na pierwszych kilometrach było widać ogromny progres w porównaniu do Lublina.

Pierwsze trzy kilometry poszły nam świetnie — mocne tempo, pełna energia. Potem przyszedł kryzys, który w OCR zawsze wcześniej czy później się pojawia. To był dla niego test psychiki: czy potrafi zebrać się na tyle, żeby iść dalej mimo zmęczenia. Odpowiedź była jasna — potrafił.

Dla mnie Łódź to był też ważny sygnał. Po raz pierwszy przeszedłem przez trasę bez spalonych przeszkód. Wszystko, co trenowałem — drążki, zwisy, technika przejść — oddało na zawodach. Poczułem, że jestem gotowy, żeby spróbować czegoś więcej — i właśnie wtedy pojawił się pomysł startu w Elite.

Dobczyce (k. Krakowa) — 20–21 września, debiut w Elite w biegu z przeszkodami na RMG

Dobczyce były punktem zwrotnym sezonu. To tam zadebiutowałem w kategorii Elite — czyli w gronie tych, którzy muszą pokonać wszystkie przeszkody, jeśli chcą zachować opaskę.

Sobota okazała się brutalną lekcją pokory. Przeszkoda „Jumanji”, presja opaski, ogromne wymagania techniczne — i w końcu utrata opaski. To był moment, w którym poczułem sportową złość, ale też świadomość, jak dużo jeszcze przede mną.

Niedziela była inna. Wróciłem na trasę już w OPEN na 12 km. Bez presji, bez „muszę”, za to z ogromną frajdą i wolnością. Każda przeszkoda była jak odkupienie po sobocie. Największy zysk? Mentalność. Zrozumiałem, że porażka jednego dnia nie przekreśla całej pracy, a najważniejsze to wrócić i dokończyć to, co się zaczęło.

Wrocław–Długołęka — 18–19 października, finał sezonu i Hardcore 21 km

Sezon zamknąłem w wielkim stylu — na finale we Wrocławiu–Długołęce. To były dwa dni pełne adrenaliny i testowania wszystkiego, czego nauczyłem się przez rok.

Dzień 1: najpierw Classic 12 km (około 50 przeszkód), a potem jeszcze Rekrut 6 km (około 30 przeszkód). W obu startach spaliłem tylko po dwie przeszkody — to dowód, że trening chwytu, barków i stabilizacji opłacił się w 100%.

Dzień 2: wisienka na torcie, czyli mój debiut w Hardcore 21 km. Dystans ponad trzy razy dłuższy niż klasyczny Runmageddon Rekrut, wymagający świetnej logistyki: kontrola tempa, plan odżywiania, zarządzanie siłami. To nie była tylko walka z przeszkodami, ale też z własnym organizmem i głową. Udało się jednak ukończyć i to w dobrym stylu.

Ten weekend był kwintesencją całego sezonu — od błota, przez ogień, po czystą euforię na mecie. To było zamknięcie klamrą roku, w którym przeszedłem drogę od debiutanta po zawodnika, który nie boi się 21 km OCR.

Co zagrało w przygotowaniu? (wnioski z tras)

  1. Chwyt i obręcz barkowa — złoto OCR. Regularny drążek, zwisy aktywne, praca nad depresją łopatek i „dogrywaniem chwytu” dają wymierny spadek „spalonych” przeszkód (czuć to w Długołęce i na 12 km/6 km jednego dnia). 

  2. Zarządzanie tempem i głową — przy układach „2 starty/1 dzień” oraz „2 dni z rzędu” kluczowa jest taktyka: spokojniejszy start, równe tempo, oddech i decyzje na przeszkodach zamiast „szarpania”. (Katowice, Długołęka).

  3. Drużyna przyspiesza progres — starty z podopiecznymi i bliskimi (Lublin, Łódź, Hardcore z Karolem) wzmacniają morale i technikę. Wsparcie „obok” często „kasuje” wątpliwości na najtrudniejszych elementach. 

  4. Elite uczy pokory — porażka na jednej przeszkodzie potrafi ustawić głowę na tygodnie. Szybki „reframe” (OPEN następnego dnia) zamienia potknięcie w plan działania. (Dobczyce).

Jak wyglądał mój „protokół” na weekendy OCR?

Przed startem: krótkie mobilizacje (biodra, barki, nadgarstki), kilka przebieżek + aktywacje pod drążek (zwisy, scap pull, guma).

W trakcie: na przeszkodach „technika > siła”: krótkie dogranie chwytu, aktywne barki, kontrolowane zejścia zamiast „szarpanych” prób.

Między biegami (dzień 1): szybkie ogrzanie, przebranie, nawadnianie i lekki posiłek; jeśli zimno – dodatkowa warstwa (leginsy „z doskoku” uratowały drugi bieg). 

Dzień 2: absolutne podstawy — sen, kalorie, kofeina z głową, rozgrzewka pod dłuższy wysiłek (Hardcore 21 km). 

Dlaczego warto? Czy sprobuje nocnego rekruta?

Bo Runmageddon łączy sport i charakter. W jednym sezonie możesz przejść drogę od debiutanta po 21 km błota i przeszkód. I nie chodzi tylko o wynik — najczęściej wygrywa się „w głowie”, a wyniki przychodzą przy okazji.

Domykam rok z uśmiechem: od Warszawy (6 + 12 km), przez Katowice (6 + 12 km), Lublin (6 + 12km + U16), Łódź (6km), Dobczyce (6km Elite + OPEN 12 km), po Wrocław–Długołęka (12 km Elite + 6 km i Hardcore 21 km). Następny krok? Jeszcze lepsza technika i kolejne dłuższe formaty i prawdopodobnie nocny Rekrut.