Runmageddon Dobczyce 2025 – mój debiut na trasie w kategorii Elite

Wydarzenie w malowniczych okolicach Krakowa

W dniach 20–21 września odbył się Runmageddon w Dobczycach, w malowniczych okolicach Krakowa. To wydarzenie od dawna miałem wpisane w kalendarz, ale tym razem było ono wyjątkowe – stanąłem na starcie w kategorii Elite, co oznaczało mój debiut na najwyższym poziomie zmagań. Był to krok, na który długo się przygotowywałem, zarówno fizycznie, jak i mentalnie, wiedząc, że rywalizacja w tej kategorii nie wybacza błędów. Świadomość, że czeka mnie zupełnie nowe doświadczenie, dodawała ekscytacji, ale i budziła respekt przed trasą oraz przeszkodami.

Piątek – trasa z Lublina i przygotowania do Runmageddon Kraków Dobczyce

Podróż z Sebą minęła bez żadnych niespodzianek – zero stresu, pełen luz i pozytywne nastawienie. Wyszedł z tego typowo męski, sportowy wyjazd – po drodze stawaliśmy, żeby rozruszać kości, coś zjeść i na spokojnie złapać oddech. Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie – raz słońce, raz chmury – ale na luzie dojechaliśmy w dobrym czasie, nie spiesząc się i nie łapiąc niepotrzebnej presji. Na miejscu czekał na nas bardzo przytulny domek, idealny żeby odpocząć przed wyzwaniem. Do tego pogoda jak marzenie – cały weekend zapowiadano 27–28 stopni i pełne słońce. Wszystko wyglądało perfekcyjnie, aż trudno było uwierzyć, że nazajutrz czeka mnie tak trudny dzień.

Sobota – debiut w kategorii Elite

Sam start był dla mnie ogromnym wydarzeniem. Stanąć obok najlepszych, poczuć atmosferę, zmierzyć się z trasą i przeszkodami na najwyższym poziomie – to było coś, co długo chodziło mi po głowie. Adrenalina buzowała we krwi, a serce biło szybciej niż zwykle, bo wiedziałem, że każdy błąd może kosztować utratę opaski. Czułem ekscytację, ale też respekt – to nie był już tylko bieg dla zabawy, lecz prawdziwa sportowa rywalizacja.

Jumanji i utrata opaski

Bieg zaczął się dobrze, adrenalina niosła mnie przez pierwsze przeszkody. Ale im dalej, tym bardziej czułem, że każdy element trasy jest walką nie tylko z ciałem, ale i z głową. Z każdym kilometrem ramiona stawały się cięższe, a chwyt słabszy, ale głowa wciąż powtarzała: walcz dalej. W końcu nadszedł moment, którego najbardziej się obawiałem – przeszkoda Jumanji. Serce waliło jak młot, ręce ślizgały się od potu, a mimo determinacji i wysiłku musiałem się poddać. Oddałem opaskę. Symbol Elite został na przeszkodzie, a razem z nim kawałek mojej motywacji i energii. Czułem, jakby ktoś wyciągnął mi powietrze z płuc – świadomość, że ten dzień już nie będzie taki, jak go sobie wyobrażałem, uderzyła najmocniej.

Medal, który nie cieszył

Udało mi się ukończyć cały bieg, ale nie było w tym radości. Byłem zły na siebie, rozczarowany i sfrustrowany.Zamiast dumy czułem ciężar porażki, a satysfakcja, która zwykle towarzyszy na mecie, tym razem nie przyszła. Pamiątkowy medal wisiał na szyi, ale nie miał żadnego znaczenia – był tylko kawałkiem metalu, który przypominał mi o straconej szansie. Usiadłem na słońcu, dopiłem swoje bezalkoholowe piwo i patrzyłem w dal, jakbym szukał odpowiedzi na pytanie „co dalej?”. To był moment frustracji, pustki i walki z samym sobą.

Regeneracja i decyzja o kolejnym starcie

Potem jednak przyszła regeneracja – poszliśmy coś zjeść, była krótka drzemka, nawodnienie, jedzenie i relaks. Ciało zaczęło wracać do równowagi, a wraz z nim powoli uspokajała się głowa. Każdy łyk wody i każdy kęs jedzenia były jak małe kroki w stronę odzyskania energii. Z minuty na minutę czułem, że frustracja powoli ustępuje miejsca refleksji, a ciężar w sercu zaczyna robić się lżejszy. Powoli zaczynałem się podnosić.

Zamiast uciec – druga szansa

Choć początkowo planowałem wrócić do domu i odpuścić, finalnie odebrałem pakiet startowy na niedzielę. To nie była łatwa decyzja – w głowie wciąż siedziała porażka z dnia poprzedniego i niechęć, żeby znów stanąć na starcie. A jednak coś we mnie powiedziało: nie kończ tego weekendu w taki sposób. Mimo oporu postanowiłem, że dam sobie drugą szansę. Tym razem nie w Elite, a w OPEN – by poćwiczyć przeszkody, sprawdzić się bez presji i pobiec mocno tam, gdzie będzie to możliwe. To miała być okazja, by zamiast uciekać, spojrzeć wyzwaniu w oczy i udowodnić sobie, że potrafię podnieść się po upadku.

Niedziela – start w OPEN

Drugi dzień wyglądał zupełnie inaczej. Już od rana czułem, że coś się we mnie odblokowało – głowa była spokojniejsza, ciało lżejsze, a stres zniknął. Start w OPEN sprawił, że zniknęła presja wyniku i opaski, a pojawiła się czysta radość biegu. Od samego początku nogi niosły mnie szybciej, a oddech był równy i mocny.

Na trasie czułem różnicę – w ok. 2 godziny pokonałem 12 kilometrów, co było wyraźnie lepszym wynikiem niż dzień wcześniej. Biegło się swobodnie, płynnie, jakby organizm dopiero teraz złapał właściwy rytm. Każdy podbieg i każde błotniste zejście dawały satysfakcję, zamiast odbierać siły.

Przeszkody również wychodziły znacznie lepiej. Pewność ruchu, mocniejszy chwyt i spokojna głowa sprawiały, że pokonywałem je z większą łatwością. To było uczucie, jakbym dopiero w niedzielę wszedł w odpowiednią formę – jakby cały sobotni stres, przygotowania i emocje były tylko wstępem do tego, żeby naprawdę pokazać, co potrafię.

Czułem, że właśnie tego dnia jestem w optymalnej dyspozycji – takiej, na jaką liczyłem w sobotę. Paradoksalnie, dopiero kiedy odpuściłem presję i wystartowałem w bardziej luźnej formule, odkryłem w sobie świeżą energię. Forma przyszła w niedzielę, a nie w sobotę, do której docelowo się szykowałem. Ten bieg pozwolił mi zakończyć weekend z podniesioną głową. Był dowodem na to, że porażka nie definiuje całości, a czasami prawdziwe zwycięstwo kryje się w tym, by podnieść się i stanąć do walki jeszcze raz – nawet jeśli w innej kategorii.

Podsumowanie czyli warto walczyć do końca 

Ten weekend w Dobczycach pokazał mi, jak wymagający potrafi być sport i jak cienka jest granica między euforią a rozczarowaniem. Sobota była dla mnie lekcją pokory – stratą opaski, zmęczeniem i momentem, w którym głowa chciała odpuścić. Niedziela natomiast udowodniła, że nawet po porażce można się podnieść i odnaleźć siłę do dalszej walki.

Zrozumiałem, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem, a czasem najlepsza forma przychodzi wtedy, kiedy najmniej się jej spodziewamy. Ważne, by nie zamykać się na jedno niepowodzenie, tylko dać sobie drugą szansę. Bo w sporcie – tak samo jak w życiu – warto walczyć do końca, nawet jeśli droga prowadzi przez upadki i trudne chwile.