Hyrox Pro Warszawa na Stadionie Narodowym w Warszawie

To były zawody, których nie zapomnę do końca życia. Po raz pierwszy stanąłem na starcie w dywizji PRO, co samo w sobie było dla mnie ogromnym wyzwaniem. Jeszcze kilka lat temu nawet nie pomyślałbym, że znajdę się w takim miejscu – na największej arenie sportowej w Polsce, w otoczeniu najlepszych zawodników i zawodniczek, gotowy, by zmierzyć się z własnymi granicami.

Atmosfera na Stadionie Narodowym była niesamowita. Muzyka, światła, doping publiczności – to wszystko tworzyło klimat prawdziwego sportowego święta. Czułem mieszankę ekscytacji i stresu. Wiedziałem, że będzie ciężko, ale nie przypuszczałem, że ten dzień tak mocno wystawi mnie na próbę – zarówno fizycznie, jak i mentalnie.

Mocny początek

Start był dynamiczny. Pierwsze biegi i zadania poszły zgodnie z planem. Ciało reagowało dobrze, głowa była skupiona, a adrenalina niosła mnie dalej. Krok za krokiem, metr po metrze – wszystko układało się tak, jak powinno. Czułem, że mam kontrolę nad każdym ruchem, a rytm zawodów sprzyjał pewności siebie. W głowie zaczęła pojawiać się myśl, że ten start może okazać się jednym z najlepszych w moim życiu.

Pierwsze konkurencje – wioślarz, pchanie wózka i jego ciągnięcie – poszły naprawdę solidnie, czułem moc w nogach i rękach, a oddech był spokojny i kontrolowany. Tlen trzymał się dobrze, tempo było równe i stabilne, a w mojej głowie zaczynał się kształtować naprawdę dobry plan na to, żeby ukończyć zawody w świetnym czasie. Patrząc na zegarek, wiedziałem, że wszystko idzie zgodnie z planem – byłem mniej więcej w połowie zadań, a na liczniku miałem około 45 minut od startu, co dawało mi dużą nadzieję na mocny wynik końcowy.

Dodatkowej energii dodawała mi moja publiczność – Asia, Przemek i Kacper, którzy dopingowali mnie na trasie z niesamowitym zaangażowaniem. Każdy ich okrzyk sprawiał, że czułem jeszcze większą determinację. Wszystko wskazywało na to, że meta będzie ukoronowaniem idealnego dnia.

I wtedy przyszedł moment, który odmienił bieg zawodów.

Burpee broad jump – początek problemów

Podczas burpee broad jump poczułem nagłe szarpnięcie w lewym udzie. Przez chwilę miałem nadzieję, że to tylko drobne naciągnięcie, że zaraz przejdzie. Adrenalina jeszcze maskowała ból, a ja nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że coś może pójść nie tak. Kolejne zadania wykonywałem z pozorną lekkością, ale z każdym krokiem ból narastał, przypominając mi, że ciało zaczyna walczyć przeciwko mnie.

Wiedziałem, że jeśli dolegliwość się pogłębi, czeka mnie prawdziwa walka o każdy metr. Czułem, jak w mojej głowie zaczyna się wewnętrzny dialog – czy ryzykować i cisnąć dalej, czy odpuścić i zejść z trasy, by nie pogorszyć kontuzji. W tym momencie doszła też mała panika, że coś poważnie naciągnąłem – i właśnie wtedy nagle zaczęło brakować mi tlenu. Oddech przyspieszył, poczułem ucisk w klatce, a głowa coraz bardziej podpowiadała, że sytuacja wymyka się spod kontroli.

Na szczęście kolejne konkurencje – Rowing 1000m oraz Farmera Carry 32 kg – dały mi chwilę oddechu. Tutaj wszystko funkcjonowało dobrze: mięśniowo i tlenowo czułem się mocny, a udo praktycznie nie dawało o sobie znać. W trakcie spaceru farmera momentami nawet przyspieszałem do biegu, żeby nadrobić czas i złapać lepszy rytm. To był sygnał, że jeszcze mogę walczyć i że pomimo problemów, zawody wciąż są w moim zasięgu.

Wykroki z workiem – najtrudniejszy moment

Kiedy nadeszła stacja z Sandbag Lunges 30 kg, wiedziałem, że to będzie prawdziwy sprawdzian. Pierwsze kroki nie były jeszcze takie złe – czułem ciężar, ale nogi współpracowały, a głowa trzymała koncentrację. Jednak mniej więcej przy 25% dystansu zaczęły pojawiać się pierwsze, niepokojące bóle w lewej nodze. Z każdym kolejnym metrem narastało napięcie, a od połowy odcinka rozpoczęła się prawdziwa katorga.

Worek, który na początku wydawał się wyzwaniem, nagle stawał się coraz cięższy, jakby z każdym krokiem przybywało mu kilogramów. Szarpanie w lewej nodze potęgowało się coraz bardziej, aż każdy wykrok był niczym wbicie noża w mięsień. Do tego dochodził jeszcze jeden czynnik – tutaj nie było możliwości odłożenia worka na ziemię i złapania oddechu. Jeśli chciałem odpocząć, musiałem to zrobić z workiem na plecach, czując jak wbija się w barki i dodatkowo odbiera siły.

W głowie rozpoczęła się walka:
„Zrób krok do przodu, walcz dalej” kontra „Rzuć ten worek, poddaj się, nie dasz rady”.

To był moment graniczny – ciało błagało o przerwę, a psychika balansowała na cienkiej granicy między determinacją a rezygnacją. Pot lał się z czoła, oddech rwał się coraz mocniej, a noga paliła żywym ogniem. Wiedziałem, że jestem o krok od wycofania się, że każdy kolejny ruch to tortura. Ale byłem też świadomy, że jeśli teraz się poddam, będę tego żałował przez długi czas.

Ostatni kilometr – ból i skurcze

Kiedy w końcu dobiegłem do ostatniego kilometra, myślałem, że będzie już tylko łatwiej – że meta jest blisko, a adrenalina pozwoli mi przyspieszyć. W głowie miałem obraz mocnego finiszu, który zrekompensuje wcześniejsze trudności. Niestety, wtedy przyszły skurcze. Obie łydki złapały mnie tak mocno, że nogi dosłownie stanęły w miejscu. Ból był tak intensywny, że musiałem zatrzymać się na chwilę, rozciągnąć i spróbować ruszyć dalej, choć każdy ruch przypominał szarpnięcie prądem.

Nie było mowy o szybkim biegu – mogłem jedynie delikatnie truchtać w bólu lub przechodzić w marsz. Każde odepchnięcie od ziemi sprawiało, że ciało wysyłało sygnał: „Stop, nie dam rady”. Każdy krok był walką, każdy metr wydawał się wiecznością. Czas ciągnął się niemiłosiernie, a dystans kurczył się zbyt wolno.

Stadion, kibice, meta – wszystko było tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Słyszałem doping, widziałem światła i ludzi klaszczących przy barierkach, ale w tamtej chwili najgłośniejszy był głos w mojej głowie, który podpowiadał, by się zatrzymać. To był moment, w którym nauczyłem się, że HYROX to nie tylko wyścig ciała, ale przede wszystkim pojedynek z własną głową. I że prawdziwa wytrwałość rodzi się nie wtedy, gdy jest łatwo, ale właśnie wtedy, gdy każdy kolejny krok boli bardziej niż poprzedni.

Meta i zwycięstwo nad sobą

Mimo bólu i zmęczenia – nie poddałem się. Dobiegłem do mety, kończąc swój pierwszy start w PRO. Byłem wyczerpany, ale jednocześnie szczęśliwy i dumny. To uczucie trudno opisać – satysfakcja wymieszana z bólem i ulgą, że walka dobiegła końca. W tamtej chwili każdy trud, każda chwila zwątpienia i każdy krok w bólu nabrały sensu. Meta stała się symbolem wytrwałości i dowodem na to, że determinacja potrafi pokonać największe przeszkody.

Kiedy minąłem linię końcową, radość mieszała się z fizycznym wyczerpaniem. Z jednej strony euforia, że to zrobiłem, z drugiej świadomość, że ledwo mogę chodzić. Zegarek jasno pokazał – przeciążenie organizmu na maksimum. Mięśnie były kompletnie rozbite, całe ciało pulsowało zmęczeniem, a każdy ruch sprawiał wrażenie, jakbym niósł dodatkowy ciężar. Układ nerwowy był wyżyłowany do granic możliwości – czułem, że wykorzystałem absolutnie wszystkie rezerwy, jakie miałem. I właśnie w tym skrajnym stanie pojawiła się najczystsza forma satysfakcji – bo wiedziałem, że oddałem w tym biegu wszystko, co mogłem.

Ciężki tydzień przed startem

Ten start był szczególnie trudny, bo poprzedzający go tydzień nie należał do łatwych. W piątek rano miałem wypadek na drodze, do tego stres, nerwy i brak snu. Były momenty, w których myślałem, że nie pojadę do Warszawy, że nie dam rady wystartować. Ale ostatecznie podjąłem decyzję: jadę i walczę. Wiedziałem, że jeśli się wycofam, długo będę żałował tej decyzji. To była próba charakteru jeszcze zanim stanąłem na starcie – i już wtedy poczułem, że ta walka będzie inna niż wszystkie dotychczas.

Po wypadku, mimo wszystko, pojechałem jeszcze do pracy na południówkę, licząc, że uda mi się normalnie funkcjonować i odciągnąć myśli od stresu. Na początku adrenalina jeszcze mnie trzymała i mogłem działać jak zwykle, ale z biegiem godzin zaczęła opadać, a wtedy ból głowy narastał coraz bardziej. Z każdą chwilą czułem, jak zmęczenie ściska mnie coraz mocniej, a organizm domaga się odpoczynku. Ostatecznie skróciłem zmianę i około godziny 19 wróciłem do domu, by po prostu się położyć i zebrać resztki sił. Wiedziałem, że jeśli nie dam ciału odetchnąć, nie będę miał najmniejszych szans, by w niedzielę podjąć walkę na trasie HYROX.

Podziękowania 🙏

Ogromne podziękowania kieruję do Sebastiana Chudziaka, który od lat mnie prowadzi i wspiera. To właśnie on zaszczepił we mnie chęć rywalizacji w HYROX, skutecznie namówił do startu i dał pewność, że warto spróbować. Bez jego wiedzy, doświadczenia i wsparcia nie byłoby mnie na tym starcie. To właśnie Seba przekonał mnie, by mimo przeciwności losu – w tym wypadku na drodze – nie rezygnować i pojechać do Warszawy, by walczyć i zmierzyć się z HYROX, zamiast poddać się jeszcze przed biegiem.

Dziękuję też Asi, Przemkowi i Kacprowi – Wasz doping na trasie był nieoceniony. Wasza energia i obecność sprawiły, że miałem siłę walczyć do końca, nawet wtedy, gdy ciało już odmawiało posłuszeństwa. Super było również to, że towarzyszyliście mi od samego początku – w drodze na zawody, podczas samego biegu, a także w powrocie do domu. To dzięki Wam udało się dotrwać do mety i zachować uśmiech pomimo bólu i zmęczenia. ❤️

Wnioski na przyszłość

HYROX Warsaw 2025 był dla mnie prawdziwym testem – nie tylko sprawności fizycznej, ale przede wszystkim psychiki. Wynik tym razem nie był kluczowy. Najważniejsze było to, że mimo bólu i zwątpienia nie poddałem się.

Ten start pokazał mi, że granice, które sobie stawiamy, często istnieją tylko w głowie. Czasami największym zwycięstwem nie jest najlepszy czas czy podium, ale samo dokończenie biegu i pokonanie własnych słabości.

To był mój pierwszy start w PRO – i na pewno nie ostatni. Teraz wiem, że niezależnie od przeszkód, warto walczyć do końca. Kolejne wnioski są dla mnie jasne – trzeba pracować jeszcze ciężej na treningach, dorzucić jeszcze więcej biegania, dołożyć więcej trudnych ćwiczeń siłowych i przygotować się na momenty krytyczne tak, by nie złamały mnie ani fizycznie, ani mentalnie. Chcę, aby każdy dzień był krokiem do przodu – bym wstawał, robił swoje i zasypiał z myślą, że wykonałem zadanie na 100% swoich możliwości.