Mój pierwszy Runmageddon – granice są tylko w głowie

„To nie dla mnie.”

Te zdanie powtarzałem sobie przez kilka miesięcy. A potem… po prostu się zapisałem. Nie dlatego, że miałem plan. Nie dlatego, że od zawsze marzyłem o błocie w butach i linach nad głową. Po prostu przyszedł moment, kiedy poczułem, że czas przestać gadać i zacząć działać.

Ostateczny impuls? Seba – mój trener – rzucił to jednym zdaniem podczas treningu: „Zapisz się, sprawdzisz się – Co Ci szkodzi?”. W sumie miał rację. Co miałem do stracenia? 

Z ciekawości. Z przekory. Ale przede wszystkim – z potrzeby udowodnienia sobie, że stać mnie na więcej, niż pokazują moje codzienne treningi. Że gdzieś pod warstwą rutyny i przewidywalności jest głód wyzwania. I właśnie Runmageddon miał być odpowiedzią na moje pytanie.

Nie był to impuls pod wpływem adrenaliny czy filmu motywacyjnego z YouTube. Po starcie w HYROX Katowice i HYROX Warszawa miałem już w sobie ogień – wiedziałem, że chcę więcej. Ale nie więcej tej samej formy rywalizacji. Szukałem czegoś innego. Czegoś, co wymyka się schematom, co łączy dzikość natury z wysiłkiem fizycznym, co przetestuje nie tylko mięśnie, ale i charakter.

Bo o ile HYROX to kontrolowany bój na hali, to Runmageddon obiecywał błoto, zimno, przeszkody i ciszę w głowie, którą przerywa jedynie Twój własny oddech i decyzja, czy iść dalej. I właśnie to mnie przyciągnęło.

Runmageddon pojawił się najpierw jako żart w rozmowie z Seba. Ale ten żart nie chciał wyjść z głowy. Z czasem przestałem się śmiać – zacząłem sprawdzać terminy, dystanse, opinie. I im więcej o tym czytałem, tym bardziej czułem ukłucie ekscytacji pomieszanej z lękiem. A to był dobry znak. Bo to właśnie te rzeczy, które nas lekko przerażają, mają największy potencjał, by nas rozwinąć.

Dlaczego Runmageddon?

Nie chodziło o wynik. Chciałem sprawdzić charakter i ogólnie zrozumieć fenomen tych zawodów. 

Treningi to jedno – systematyczność, dyscyplina, praca u podstaw. Ale w pewnym momencie zaczynasz czuć, że samo trenowanie już nie wystarcza. Że potrzebujesz czegoś więcej niż cztery ściany siłowni czy znajomy rytm dnia. Chcesz to, co wytrenowałeś, sprawdzić w akcji, zmierzyć się z realnym wyzwaniem, poczuć presję, adrenalinkę, brud pod paznokciami.

Runmageddon był właśnie tym kolejnym krokiem. Nie chodziło o to, żeby udowadniać coś komuś. Chciałem po prostu wynieść to, co wypracowałem na treningach – poza salę. Zderzyć się z nieprzewidywalnym. Pokazać sobie, że forma to nie tylko cyferki na sztandze, ale też odwaga, upór i głowa.

Bo to nie tylko przeszkody. To emocje. Presja. Błoto w uszach. Chwila, w której serio zastanawiasz się, czy to już koniec. I ta druga – kiedy orientujesz się, że właśnie pokonałeś coś, co wydawało się nie do przejścia.

Jak się przygotowywałem do Runmageddonowego wyzwania?

Nie przygotowywałem się „pod Runmageddon” w klasycznym stylu, ale moje treningi od dawna były solidną bazą: siłownia, cardio, podbiegi, cross, taniec – to mój chleb powszedni. Trenuję różnorodnie, świadomie, z naciskiem na ogólną sprawność, więc nie musiałem wywracać wszystkiego do góry nogami.

Ale kiedy zapadła decyzja o starcie, dołożyłem konkrety: więcej pracy na drążku, podciągania, ćwiczeń na chwyt i obręcz barkową. Bo wiedziałem, że na trasie właśnie to może zaważyć – nie ciężar w martwym ciągu, tylko to, czy zdołasz utrzymać się na mokrej linie po kilometrze błota i zimnej wody.

Nie robiłem testów przeszkód, ale byłem przygotowany – i fizycznie, i mentalnie.

Nie celowałem w rekord. Celowałem w dobiegnięcie z satysfakcją i uśmiechem, nawet jeśli z zakwasami na dokładkę.

Z perspektywy trenera mogę powiedzieć jedno: nie musisz być zawodowcem, żeby wystartować.


Wystarczy, że:

  • masz sprawność ogólną – siłę, wytrzymałość, mobilność,

  • masz głowę, która nie panikuje przy pierwszym błocie,

  • i masz dystans do siebie – bo ślizgając się na przeszkodzie, warto umieć się z tego śmiać, a nie załamywać.

Dzień startu – emocje, których się nie zapomina

Na miejscu – Warszawa, Suntago, 2025 – i od pierwszych chwil wiedziałem, że to będzie coś wielkiego. Ponad 8 tysięcy startujących, rekord frekwencji. Głośna muzyka, gęsty dym, adrenalina w powietrzu i niesamowita atmosfera, której nie da się opisać zdjęciem. Ale jedno wiem na pewno – nie byłbym tam w takim stanie ducha, gdyby nie Asia – moja narzeczona.

Była przy mnie na każdym kroku. Dosłownie. Od momentu, gdy zapinaliśmy chipy, przez każde słowo wsparcia na starcie, aż po metę, gdzie zmęczenie mieszało się z euforią. Robiła zdjęcia, kręciła filmiki, dopingowała mnie z całych sił – a potem, gdy byłem przemoczony do suchej nitki i cały w błocie, pomagała mi się przebrać, ogarnąć, po prostu – zadbać o wszystko.

Ale to nie tylko logistyka. To emocjonalna obecność. Jej spojrzenie na starcie dodało mi więcej siły niż cały przedstartowy izotonik. Jej głos pośród tłumu, kiedy krzyczała „Dajesz!” – trafiał w punkt. Na mecie – kiedy mnie przytuliła – wiedziałem, że jestem we właściwym miejscu i robię dokładnie to, co powinienem.

Ten Runmageddon był dla mnie podwójnie wyjątkowy – bo wystartowałem nie raz, ale dwa razy. W sobotę 6 km, w niedzielę 12 km. Dwa różne dystanse, dwa inne tempa, ale jedna wspólna emocja: pełne zanurzenie w wyzwanie. Błoto, ściany, woda, lina, czołganie, bieg… a potem wszystko od nowa. Ale to właśnie w tym jest magia – nie w czasie, nie w wyniku, ale w decyzji, by znów ruszyć do przodu, mimo że ciało już swoje dostało dzień wcześniej.

Asia była tam cały czas. Czuwała, dokumentowała, wspierała. I choć nie wbiegła ze mną na trasę, to była obecna w mojej głowie przez każdy kilometr. Bez niej ten start nie miałby tej samej mocy.

Kiedy było najciężej?

Moment, który zapamiętam na zawsze: przeszkoda wodna, lina i lodowaty wiatr. Ręce sztywne, palców praktycznie nie czuję. Ramiona odmawiają posłuszeństwa, ciało buntuje się przeciwko kolejnemu wysiłkowi. A głowa? Głowa zaczyna podsuwać myśli, których nie chcesz słyszeć:

„Możesz odpuścić. Przecież już wystartowałeś. Wczoraj zrobiłeś swoje. Nie musisz kończyć.”

Bo o ile sobotni bieg – 6 km – poszedł mi naprawdę dobrze i tylko jedna przeszkoda mnie pokonała, to w niedzielę, na trasie 12 km, czułem każdą minutę z dnia poprzedniego. Ciało było już „naruszone”, oddech płytki, a uda paliły od samego początku. Każdy kolejny kilometr wbijał się głębiej – nie tylko w mięśnie, ale i w psychikę.

Ale wtedy – właśnie wtedy – wydarzyło się coś, czego nie znajdziesz w żadnym podręczniku do motywacji. Spojrzenie kogoś obok. Obcej osoby. Zmęczonej tak samo jak ja. Walczącej tak samo, ale nieodpuszczającej. W tym spojrzeniu było wszystko: „Dajesz. Nie jesteś tu sam.”

Zacisnąłem zęby. Weszło.
Nie idealnie, nie z lekkością, ale poszło. I to był najbardziej prawdziwy moment całego weekendu.

Meta – euforia, czyli to co lubię najbardziej. 

Kiedy wpadłem na metę, nogi miałem jak z waty, ręce drżały, a oddech był cięższy niż cały weekend razem wzięty. Fizycznie – byłem wyczerpany. Ale psychicznie? Naładowany jak nigdy wcześniej.

Bo wtedy zrozumiałem jedno:
👉 To nie ciało mnie blokowało. To tylko moja głowa stawiała granice.

A ja właśnie jedną z nich przekroczyłem.
I to uczucie… jest nie do opisania.
To trzeba przeżyć. Chociaż raz w życiu.

Chcesz wystartować w Runmageddonie? Oto co musisz wiedzieć:

  1. Nie czekaj, aż poczujesz się „gotowy”
    Nie istnieje idealny moment. Zawsze znajdziesz coś, co „jeszcze warto poprawić” – więcej podciągnięć, lepsze tempo, mniej stresu. Ale prawda jest taka, że największy progres robisz właśnie wtedy, gdy stawiasz się na starcie mimo wątpliwości.
  2. Nie potrzebujesz formy zawodowca
    Nie musisz być ultramaratończykiem, zawodnikiem crossa ani wspinaczem. Jeśli regularnie trenujesz i pracujesz nad ogólną sprawnością (siła, wytrzymałość, mobilność), masz wszystko, czego potrzebujesz, żeby ukończyć swój pierwszy bieg.

  3. Najważniejsza jest decyzja, że chcesz się sprawdzić
    Wszystko inne – technika, odporność, pewność siebie – przyjdzie w biegu. Dosłownie. Start w Runmageddonie to praktyczna lekcja działania mimo zmęczenia, niepewności, warunków. A to daje dużo więcej niż setki treningów w kontrolowanych warunkach.

  4. To nie tylko test fizyczny – to test mentalny
    Trasa weryfikuje nie tylko ciało, ale i głowę. Nauczysz się pokory, cierpliwości, radzenia sobie z presją i zmęczeniem. Ale też doświadczysz ogromnej satysfakcji i dumy – takiej, której nie da się wyczytać z licznika kalorii czy ciężaru na sztandze.

  5. Masz ochotę spróbować? Odezwij się do mnie
    Jeśli myślisz o swoim pierwszym Runmageddonie i nie wiesz, jak się przygotować – napisz do mnie. Chętnie pomogę Ci ułożyć plan, dobrać treningi, podpowiem, jak się mentalnie nastawić i przejść przez to wyzwanie z głową i uśmiechem.

Kilka rad ode mnie – jako trenera i uczestnika:

Jeśli myślisz o swoim pierwszym Runmageddonie, to mam dla Ciebie kilka sprawdzonych podpowiedzi – prosto, bez spiny. Przede wszystkim: trenuj funkcjonalnie. Bieganie, siła, mobilność – to trio, które naprawdę robi robotę. Fajnie, jeśli potrafisz dobrze pracować z własnym ciałem: podciągnąć się, przeskoczyć przez skrzynię, czołgać się bez paniki. Bo na trasie nie chodzi o to, żeby podnosić setki kilogramów – tylko żeby sprawnie pokonywać przeszkody.

Nie zapominaj o regeneracji. Sauna, rollery, dobry sen – serio, to nie luksus, tylko część treningu. A jeśli możesz, wystartuj z kimś. Z kimś, kto będzie Cię dopingował, poda rękę, kiedy będzie ciężko, i razem z Tobą będzie śmiać się po finiszu. Bo drużyna daje +50% siły. I +100% wspomnień.

A jeśli nie wiesz, od czego zacząć – odezwij się do mnie. Chętnie Ci pomogę. Razem coś wymyślimy.

Granice są tylko w głowie.
I nie mówię tego jako motywacyjny cytat na ścianie. Mówię to jako ktoś, kto właśnie jedną z tych granic zostawił za sobą – w błocie, na trasie Runmageddonu.

Do zobaczenia na kolejnym starcie?